Na choince

– co mogę mianowicie mieć na choince? (nie licząc oczywiście dwóch x-wingów, figurki ulubionego Jedi oraz TARDIS)

No książki oczywiście. Są malusieńkie – niewiele większe od pudełka zapałek – ale uszyte, wyklejone i oprawione najstaranniej, jak potrafiłam.

Zamiast zakładki tylko mają wklejone wieszadełko!

Wyglądają o, tak:

wp_20161221_20_08_03_pro

wp_20161221_20_09_00_pro

wp_20161221_20_09_53_pro

Warsztaty

– spędziłam uroczy, chociaż bardzo pracowity, weekend na warsztatach introligatorskich prowadzonych przez Jana Grochockiego dla szkoły Kaligraf. Bardzo, ale to bardzo przyjemne to były godziny. Chociaż bowiem można się naprawdę dużo nauczyć samemu, trudno nie docenić  możliwości dopytania, pogłębienia jakiegoś tematu albo po prostu – pracy pod okiem kogoś, kto wie, o co chodzi.

Warsztaty były kameralne – z pięcioma uczestniczkami – i mam miłe uczucie, że znowu zrobiłam jakiś postęp. Ciekawa rzecz, ale nigdy w życiu nie czułam potrzeby stawiania sobie specjalnie jakichś wyzwań. W ogóle wyzwania traktuję jako rodzaj, no, ataku i w odpowiedzi na wyzwanie zwykle staję słupka i zaczynam walić na oślep, w nadziei, że sobie pójdzie. A tak się jakoś dzieje, że z oprawianiem, szyciem, ozdabianiem i wszystkim mam wciąż ochotę jeszcze i jeszcze sobie docisnąć śrubę (bardzo stosowna metafora dla tej okazji).

Poniżej – efekty mojej pracy. Wiadomo, że idealne to absolutnie nie jest, ale… jak na tyle nowych rzeczy, których się nauczyłam… pozwalam sobie na sapnięcie z zadowoleniem.

wp_20161219_11_29_12_pro

wp_20161219_11_29_24_pro

wp_20161219_11_30_04_pro

wp_20161219_11_30_12_pro

Dyskretnie

– albo inaczej, jak tłumaczyć ostanio pewną powściągliwość w nowych fotkach. No więc tak. Bardzo pilnie pracuję i bardzo pilnie wysyłam różne przedmiociki, ale do licha – one wszystkie są w prezencie dla kogoś. Z definicji zatem trochę trudno tak nimi machać po internetach, gdzie wszystko się może zdarzyć. I ogólnie wskazana jest dyskrecja.

Jeden z tych notesów zrobił właściwie mój starszy syn, z moją pomocą i radą. Okazuje się, że nagle, jeśli rzecz nie ma być zadaniem domowym na historię, a prezentem na mikołajową klasową wymianę, to łapy tego młodzieńca nagle zyskują trzysta punktów do zręczności i efekt naszego szycia, klejenia i cięcia był nadzwyczaj przyjemny, w tonacji złoto-czerwonej.

Ozdabiania jednak się mój synek nie podjął, albowiem adresatka prezentu okazała się wielbicielką, bardzo konkretnie, mopsów, więc wizerunek mopsa namalowałam najładniej jak umiałam ja. Przy okazji odkryłam idealną metodę przyklejania do notesów obrazków na kartonie, którą zastosowałam też do innego notesika, tym razem już całkowicie mojego, dla odmiany z Przerażająco Słodkim Koteczkiem (o którym z oczywistych przyczyn dopiero po świętach).

I jeszcze kilka różnych mi się rzeczy popełniło, ale, niestety, ze wszystkimi jest ten sam problem – muszę zaczekać, żeby się nimi spokojnie pochwalić!

P. S.: metoda przyklejania, kurczę, wymaga jednak najwyraźniej nieco dłuższego leżakowania, bo się okazała wcale nieidealna… Znaczy efekt jest taki jak należy, nadal mi się podoba i mam zamiar sposób stosować, ale nie ma wyjścia, rzecz musi po prostu poleżeć jeszcze dłużej. Ech! Tak to jest, oczywiście, jak człowiek się na coś nakręci 🙂

Jeszcze więcej czerwieni

– lubię czerwone notesy. Mają jakby więcej energii, prawda?

A ten to już w ogóle ma mnóstwo energii w sobie, albowiem nie da się ukryć, że jej ze mnie niemało wyssał. Był pracochłonny, nie ma co.

Okładka ma skórkowy grzbiet, resztę zaś – z czerpanego papieru z ładnie widocznymi włóknami, ale naklejony jest on na warstwę gąbeczki – okładka jest sztywna, ale mięciutko wyściełana.

I jeszcze ten ornament – rzeźbiłam go upojnie dość długi czas. Mam nadzieję, o bogowie, mam nadzieję, że to widać. W tym samym fimo, które można było oglądać na poprzednim czerwonym notesie, jakby mniej pracochłonnym niż ten.

Format ma odrobinę większy, niż torebkowy, ale wciąż zgrabny – i w ogóle uważam go za całkiem ładny egzemplarz.

wp_20161104_14_19_26_pro wp_20161104_14_19_36_pro

Czarno, czerwono

– ale właściwie nie do końca. Ozdoba na poniżej pokazanym notesie nie jest czarna, tylko taka… grafitowo-zielona, bardzo bardzo ciemna. Fimo lekko błyszczy, tak jak efekt w tygrysim oku. I jakoś mi to tak bardzo pasuje do tego pięknego papieru w chiński wzór na wyklejce – to ostatni chyba z chińskiego zestawu papierów Pepin.

Rany, jak ja lubię te papiery! Jedyną ich wadą jest oczywiście cena, więc wypatruję, jak je zdobyć taniej, i mam swoje źródło, o którym ani słowa nie powiem bo zaraz mi się skończy.

No ale póki je mam, to korzystam radośnie, oprócz tych smutnych chwil, kiedy odkrywam, że któryś zestaw mi się właśnie zużył. Żegnajcie, złote piwonie i niebieskie smoki…

A ponieważ wyklejka jest taka efektowna, a ozdoba się mieni, to już nie szalałam z papierem okładki – obłożona jest czerwonym, lekko perłowym papierem i uważam, że to całkiem wystarczy.

Zdjęcia zaś zrobiłam na Falkonie i z czystego sentymentu wrzucam właśnie te. O.

wp_20161104_14_20_11_pro

wp_20161104_14_20_31_pro

Łuski, pióra …

– trudno się zdecydować, jak właściwie się ma odnieść człowiek rysujący smoki do hipotezy, że dinozaury były pokryte piórkami. Mnie się osobiście bardzo ta koncepcja podoba, więc do notesu ze smokiem dobrałam wyklejkę z pięknego, zakupionego na Targach Książki papieru w złocone pawie pióra.

Na wierzchu jest obrazek na dwóch kartonikach, lakierowany, wklejony w wypukłe okienka. Notesik mi się udał, i na Falkonie poszedł w dobre ręce, z czego się niezmiernie cieszę. Niewiele jest rzeczy równie przyjemnych, jak zobaczyć swoją pracę, która się komuś przydaje.

Pierzasty czy nie, smok powinien w każdym razie zgodnie ze swoją naturą przynieść jeśli nie bogactwo, to szczęście, a jeśli nie szczęście, to w każdym razie inspirację.

Chociaż oczywiście preferowane byłyby wszystkie trzy efekty.

wp_20161104_14_20_47_pro wp_20161104_14_20_54_pro

Po Falkonie

– czyli wróciłam! Zmęczona jak nie wiem co, i w bardzo osobliwym stanie nienaturalnego dla mnie *w ogóle* podkręcenia i gotowości do interakcji międzyludzkich, co mi się jakoś tak za często nie zdarza. No cóż, prawdopodobnie wkrótce wszystko wróci do normy.

Trzeba jednak przyznać, że zdolność konwentów do gromadzenia w jednym miejscu wspaniałych nieraz specjalistów, rękodzielników i artystów, a do tego zwyczajnie miłych ludzi, i a czasem wszystkiego naraz, to coś, co nie przestaje mnie ujmować i cieszyć. Nie ma nic przyjemniejszego, niż usłyszeć miłe słowa zachęty od osób, które ewidentnie wiedzą, co mówią; posłuchać rad i dowiedzieć się tak dużo.

Miło mi też było zobaczyć Was wszystkich, którzy zajrzeliście do mnie i zagadnęli, a czasami nawet całkiem długo rozprawiali, zawsze bardzo sympatycznie. Notesy niech Wam służą, a jeśli zajdzie potrzeba, zawsze chętnie zrobię dla Was coś specjalnego.

Dziękuję!

 

Nil nisi bene

– czyli umówmy się tak: Zakon Jedi miał momenty, które można by swobodnie określić jako zryte (bardzo lubię to określenie, szczególnie w połączeniu z kwiecistymi, wielopiętrowymi wypowiedziami – wtedy jest takie brutalne 🙂 ). Zawsze się będę zastanawiać, czy twórcy Gwiezdnych Wojen tego nie zauważyli, czy świadomie tak to rozegrali.

No ale powyginali Jedi, co robić, i trochę nie wypada na nieżywych tak za bardzo wyrzekać, nawet na fikcyjnych nieżywych. Więc nie wyrzekam tak za bardzo, za to zrobiłam notesik i siedzę z nim sobie na Falkonie (stoisko H10).

Taki z symbolem Zakonu Jedi.

wp_20161031_11_07_36_pro

wp_20161031_11_07_25_pro

wp_20161031_11_08_06_pro

 

Odwiedziny w Shire

– to właściwie jak odwiedziny u własnej, lubianej rodziny, prawda? Tolkien stworzył świat, w którym się zawsze będę czuła u siebie i zawsze mi się, w związku z tym, będą zdarzały różne prace nawiązujące do jego twórczości.

Czasami sobie tak myślę, że dobrze, że człowiek nie może przeskakiwać do fikcyjnych światów. Jakbym tak wskoczyła, to pomijając już fakt, że prawdopodobnie w każdym z nich odegrałabym co najwyżej rolę Baby W Chuścinie Uciekającej Bezskutecznie Przed Orkiem Z Toporem, pewnie bym nie wyskoczyła już nigdy. Nawet przy obecnej ograniczonej opcji odrywania się od rzeczywistości czasem mi trudno wrócić. A tak móc odwiedzić Hobbiton? Zajrzeć do Rivendell? No nie, mogłabym mieć problemy z powrotem.

Ale zawsze można sobie Shire przynieść do własnego stołu, na notesiku. O, takim jak te.

wp_20161031_11_09_58_pro wp_20161031_11_09_35_pro wp_20161031_11_09_27_pro wp_20161031_11_09_20_pro wp_20161031_11_09_08_pro wp_20161031_11_08_54_pro wp_20161031_11_08_41_pro wp_20161031_11_08_20_pro