Dylemacik

Notes jest naprawdę bardzo, bardzo ładny. I w tym problem.

Ma jasnopopielate kartki i wyklejkę z ręcznie nakrapianego na złoto papieru. Ma twardą oprawkę w białej, płótnopodobnej okleinie. Zakładeczkę ma, i białe kapitałki, i wszystko. I ja bym go już nie ruszała.

Ale może się mylę?

Ta biel jest taka… kompletna 🙂 Ale z drugiej strony, czy od moich notesów nie powinno się oczekiwać, że będą miały jednak na sobie Coś? Jak nie złocenie, to obrazek, jak nie obrazek, to klejnocik, jak nie klejnocik…

Myślałam o czarnym, delikatnym rysunku tuszem – może jakiś sci-fi schemat, może jakieś urządzenie? albo sterowiec, albo inna maszyneria?

Myślałam również o szpalcie z gazety albo starej ilustracji technicznej – mam kilka takich w zapasie.

Ale ta biel. I ta czyściutka forma.

Może ktoś ma jeszcze inny pomysł? Chętnie przyjmę wszelkie koncepcje, bo kiedyś, do licha, zdecydować trzeba.

Odruchowo bym powiedziała, że notesik jest HOŻY.

No bo tak. W środku jest taki krzepki blok kartek w jasnopopielatym kolorze. Są wyszlifowane dremelkiem na równo, ale kiziato, to znaczy dość grubym papierem ściernym 🙂 Następnie wyklejki i grzbiet – z mięciutkiej, czerwonej okładziny, jak skórkowe buciki, czerwone, do tańca, albo coś takiego. Potem okładka, w papierze – białym, w bukiety kwiatów, niby indyjski wzór, ale nieoczekiwanie wyszedł jakoś tak w stylu Krakowiacy i Górale.

I jeszcze wstążki!

Nie dość, że zakładki (czerwone) są dwie, to jeszcze mi było mało i wkleiłam dodatkowe dwie, do wiązania na kokardkę.

Efekt jest taki, że notes zaraz powinien zapiszczeć „Iiiiiiiiiiii!”, zatupać i odtańczyć taniec ludowy. Z przeproszeniem.

Naprawdę to wszystko wyszło zupełnym przypadkiem. Słowo.

W bonusie – też bardzo hoża czarna Furria, współpracująca dzisiaj ze mną pilnie przy wszelkich pracach polowych:

Bańki, bąble

Zdarzyło się nam w domowym warsztacie zajmować się żywicą epoksydową. Co z tego wyszło, to osobny temat, ale dla niniejszego wpisu ważne jest, że po większych pracach zawsze została jakaś łyżeczka czy dwie zmieszanej żywicy. Zanim zdecydowałam się kupić sobie własny pojemniczek takiej substancji, wypróbowałam wyskrobane z dna miseczki do mieszania resztki, wtykając tam różne różności.

I wyszły z tego takie śliczne, śliczne bąbelki, przejrzyste, przestrzenne. Cała tacka. Głupi by nie spróbował z tego zrobić ozdoby na notes! Wzięłam więc notes o czarnych kartkach i perłowej oprawce (piękna okleina papierowa kupiona w Introtechu) i przykleiłam na wierzchu przezroczyste kropelki.

Nie wiem jak komu, ale mnie się ten efekt podoba. W ogóle dzięki kropelkom notes wygląda tak trochę bajkowo.

Pawie, prawie

w twardej oprawie – następnym razem lepiej się sprawię.

A tak serio, z tych haftowanych ptaków, no, domniemanych haftowanych ptaków, o  których pisałam czas jakiś temu, wyszedł nieduży, sympatyczny notes oklejony białym płótnem. Haftowany ptak zyskał małe szkiełkowe oczko (za radą mojej Siostry). Wcale nie wygląda źle!

Wyklejkę zrobiłam z ciemnozielonego papieru wytłaczanego w złote kwiaty. Bardzo on jest piękny i od dawna miałam ochotę coś z niego zrobić. Cieszę się, że akurat się nadarzyła okazja.

Jak poprzedni, i ten notes ma skórkową kapitałkę. Wkleiłam także zakładkę w srebrnozłotym kolorze. I już!

Biało na białym

wbrew pozorom wcale nie jest niewidoczne. Jak być może widać z moich wpisów, jednym z moich ulubionych motywów jest stylizowana ptica mgliście przypominająca coś między pawiem a feniksem. Już takie malowałam, wyklejałam, formowałam z fimo, a tym razem przyszła kolej na haft.

Zaznaczyć należy, że jak żyję niczego poza sprawnościami na mundurze nie haftowałam, a przynajmniej sobie nie przypominam, a ponadto zabrałam się za to od ręki, przy użyciu nici normalnie używanej do szycia składek, i na pewno nie będę się chwalić odwrotną stroną tego czegoś.

Niemniej jednak ptak wyszedł nawet przyjemny i wyląduje na notesie. A właściwie to nawet już wylądował, ale mam jeszcze pewne wątpliwości, czy na pewno jest skończony, więc na razie pozwolę sobie zamieścić pobieżne fotki z samego mozolnego ścibolenia.

Za Narnię i Aslana

Jak pewnie wiele osób, wychowałam się na Narnii. Uprawiam z nią długoletnią Hassliebe, przechodzę przez kolejne etapy interpretacji… No ale czegoś takiego jak Narnia się nigdy do końca nie odrzuca (chociaż po przeczytaniu oryginału tłumaczenie Polkowskiego jakoś mi nie smakuje).

Cóż dziwnego, że czasami mi się też i jakaś Narnia przemknie do notesików?

Lwy są oczywiście jeszcze jedną próbą zrobienia Dzikiej Bestii, ale tym razem niech będzie, że mogą ostatecznie się nadać 🙂

wp_20161020_11_24_44_pro

wp_20161020_11_24_54_pro

wp_20161020_11_25_06_pro

wp_20161020_11_25_45_pro

wp_20161020_11_26_03_pro