Oliwkowy, nieduży

Można powiedzieć, że ten notes to jest notes będący świadectwem rozgryzienia pewnego problemu. Miałam, no, właściwie mam, okładzinę, której spory rulon dostałam od Znajomego Profesjonalisty. Papierową, i jest to niemalże zabytek 🙂 – pochodzi ze zlikwidowanej drukarni. Ilekroć nią coś obkładałam, to ona mi się marszczyła albo robiła różne dowcipy, zmuszając mnie do poprawek i działań ratunkowych.

Ale ja ją rozgryzłam. Otóż ona nie lubi ani kleju, ani mojego klajstru. Ona lubi wyłącznie mój klej do tapet. Na kleju do tapet nic się nawet nie próbuje psuć, tylko pięknie przylega i siedzi gdzie miało siedzieć. Oczywiście, oznacza to, że musiałam jeszcze wzmocnić trochę grzbiet, na wypadek gdyby chciał się jakoś niesłusznie zachowywać, ale w końcu jest z tego przyjemny notesik – okładkę ozdobiłam dodatkowo paskami tego samego papieru, z którego są wyklejki, oraz cieniutkimi, tłoczonymi paseczkami. Jest ładny i poręczny, no i ten piękny, oliwkowy kolor!

Próby złote, różne

A ten notes to wyszedł z trzech różnych eksperymentów! Pierwszym eksperymentem był papier, którego użyłam do zszycia bloku – są to naprzemiennie składane kartki białe i kolorowe (no, białe i czarne albo białe i szare), w sześciu składkach z różnymi układami.

Drugim eksperymentem było to, że postanowiłam wreszcie uczciwie się zabrać za to kolorowanie brzegów. Omijając ułatwienia, zawzięłam się i obejrzałam trochę wiarygodnych materiałów na temat barwienia krawędzi kartek na różne sposoby (cicho sza, ale zamarzyły mi się od tego także takie marmurkowe!…). Pomijając na razie pokrywanie płatkami metali, czyli to, jak się to powinno naprawdę robić, znalazłam najlepszy instruktaż i po kilku wstępnych podejściach zrobiłam delikatną, złotawą warstewkę na prążkowanym (z powodu tych kolorowych kartek) bloku notesu. Uważam, że wyszło naprawdę ładnie, nic się nie rozlało, nic nie upaprało i jestem straszliwie dumna.

Trzeci eksperyment, też złoty, polegał na ozdabianiu złotymi (różnymi) farbami i tuszami papieru w kolorze ciemnoszarym, a ponieważ bardzo mi się spodobało, jak to wyszło (tu w wersji z akrylami nakładanymi opuszkami palców), użyłam tego papieru do wyklejek ORAZ do okładki.

Notes jest niewielki, ale po pierwsze cały lśni, a po drugie – jest jednym wielkim zapisem drobnych, lecz przyjemnych sukcesów w nauce. Czy to nie jest miłe? (Furria jest chyba zdania, że raczej irytujące z mojej strony 🙂 )

Drapanie papieru

To nie mój kot, to ja!

Zrobiłam sobie porcję papieru klajstrowego w trzech kolorach – takich, jakich mi w repertuarze najbardziej brakuje, żółtym, różowym i fioletowym. Zapoznałam się z rozmaitymi instrukcjami, w tym ze znakomitego kanału DAS Bookbinding, przygotowałam starannie stanowisko pracy (suszenie – w ogródku, bo dzień był piękny) i zabrałam się do dzieła.

Jaka to jest sympatyczna technika! Prosta jak parasol, a efekty są czarujące. Tym bardziej, że można dosłownie chwycić za cokolwiek, co pod ręką – plastikowy widelec, patyczek do lodów, zmiętą torebkę po chlebie, korek – i ciaprać, ciaprać!

Procedura jest prosta: przygotowujemy klajster (jeszcze muszę poeksperymentować z różnymi skrobiami), mieszamy z nim farbę – ja użyłam akrylowej, zwilżamy papier, malujemy farbowo-klajstrowym glutem, a następnie drapiemy, gładzimy i ogólnie się wyżywamy. Jak nie wyjdzie, można (póki nie wyschnie) szybko wygładzić i zrobić na nowo. Ale trzeba naprawdę się postarać, żeby nie wyszło. Oczywiście, to tak w skrócie, ale naprawdę nie ma tego dużo więcej. A papiery są naprawdę śliczne! Mnie najbardziej podobają się chyba te w prążki, wykonane tajemniczymi szczypcami, do których nikt się nie przyznaje, ale które zostawiła u nas chyba jednak firma cateringowa kilka lat temu, po komunii Kuby, na którą zamawialiśmy do domu obiad. Szczypce są ząbkowane i wzór robił się przepiękny. Ale wklejam zdjęcia, żeby można było ocenić samemu.

Odruchowo bym powiedziała, że notesik jest HOŻY.

No bo tak. W środku jest taki krzepki blok kartek w jasnopopielatym kolorze. Są wyszlifowane dremelkiem na równo, ale kiziato, to znaczy dość grubym papierem ściernym 🙂 Następnie wyklejki i grzbiet – z mięciutkiej, czerwonej okładziny, jak skórkowe buciki, czerwone, do tańca, albo coś takiego. Potem okładka, w papierze – białym, w bukiety kwiatów, niby indyjski wzór, ale nieoczekiwanie wyszedł jakoś tak w stylu Krakowiacy i Górale.

I jeszcze wstążki!

Nie dość, że zakładki (czerwone) są dwie, to jeszcze mi było mało i wkleiłam dodatkowe dwie, do wiązania na kokardkę.

Efekt jest taki, że notes zaraz powinien zapiszczeć „Iiiiiiiiiiii!”, zatupać i odtańczyć taniec ludowy. Z przeproszeniem.

Naprawdę to wszystko wyszło zupełnym przypadkiem. Słowo.

W bonusie – też bardzo hoża czarna Furria, współpracująca dzisiaj ze mną pilnie przy wszelkich pracach polowych:

Podążaj za gwiazdą

Notesy z czarnymi kartkami zawsze obserwuję bardzo pilnie, ponieważ wybierają je sobie różne typy oryginałów – a to poeci, a to Mistrzowie Gry – i miło sobie wyobrażać, co – i czym – będą w nich pisali. Albo rysowali. A że oryginałom, jak nikomu, potrzebna jest jakaś mapa niewyrażonych sfer, to ten notes zrobiłam właśnie taki.

Ma, jako się rzekło, czarne kartki, a wyklejkę z arabeską, która kojarzy mi się z labiryntami i zawiłymi myślami. Oprawa obłożona jest ciemnozielonym papierem i pomalowana złotą farbą, cienkimi pędzelkami.

Niestety, trochę sama sobie pewnie przekłuję balonik, wyznając, że wyszło jak wyszło, ponieważ planowałam rysunek wykonać olejowym markerem, ale marker się tak trochę popsuł, i chciałam go przepchnąć szpilorkiem, i farba mi się wylała na talerzyk, i musiałam ją potraktować pędzelkami i pomalować jeszcze jeden notes, o czym jutro 🙂

Niemniej jednak, notes prezentuje się, moim zdaniem, elegancko.

Ups! czyli o nieoczekiwanych zwrotach akcji

Docięłam sobie okleinę płócienną, bardzo ładną – dużo jej ostatnio używam – w ślicznym kolorze ciemnozielonym. I już miałam przyklejać okładkę, kiedy nagle zauważyłam, że Wszystko Mi Się Pomyliło: okleina zamiast mieć zapas na założenie za krawędź, nagle wylądowała jakoś tak, że do krawędzi zabrakło mi kilku centymetrów. A tu już reszta przyklejona, wciórności.

Ale naraz przyszło mi do głowy, że przecież wyklejka jest z bardzo ładnego papieru w zielony wzór – może by tak pomogła mi ta wyklejka? Jak zwykle, zostało mi jej właśnie kilka centymetrów. I w ten sposób powstał notes poniżej – ozdobiłam go złoceniem z drzwiczkami do hobbiciej nory, motyw, który bardzo lubię i który w różnych odmianach często stosuję.

I dobrze to wygląda z tym paskiem, i jeszcze bladozielonym papierem w środku, i jakbym się nie przyznała tu i teraz, to nikomu by do głowy nie wpadło, że sobie pomyliłam wszystko przy klejeniu.

Akwarelowe

Pisałam już o CraftPap – i wciąż mam go całkiem sporo, i absolutnie nie planuję zaprzestać z niego robić różnych detali do notesów. Można w niego oprawiać twarde, tekturowe okładki jak w skórę czy płótno, ale ciągle mi się tak bardzo podobają miękkie okładki z samego CraftPap, i tym razem chcę pokazać notesy tak właśnie oprawione, pomalowane akwarelami.

Trochę wciąż kombinuję z wykończeniem takich notesów – mimo że szyte jak do twardych opraw, niespecjalnie mi się widzą z normalnymi kapitałkami czy zakładkami, wypróbowałam więc różne rodzaje wykończenia – wstążką, pętelką, kapitałką. Nadal nie wiem, która wersja podoba mi się najbardziej, ale może wymyślę jeszcze co innego?

Samo malowanie akwarelami to na tym materiale czysta frajda – właściwie można robić co się chce. Efekty są bardzo ciekawe i na pewno będę wypróbowywać kolejne pomysły.

W każdym razie – oto pierwsze akwarelowe notesiki.

Zeszyciki

Zrobiłam materiałoznawcze odkrycie – kupiłam i zaczęłam wykorzystywać coś, co nazywa się Washable Paper albo CraftPap. Jaka to jest fajna rzecz! Wygląda jak karton, ale jest takie jakby bardziej mięsiste i niebywale mocne – ze sfilcowanych włókien celulozowych, jak piszą na stronie sklepu. Można to szyć, miąć, ciąć, kleić, a nawet prać (czasem to niezbędne do uzyskania pożądanego efektu – na przykład kiedy chcemy mieć coś podobnego do skóry). Można na tym także – sprawdziłam z fascynacją – rysować, malować farbami i tuszami, złocić, a nawet wypalać.

Oczywiście CraftPap idealnie nadaje się do różnych introligatorskich prac. Mam w planach takie bardziej skomplikowane, ale na razie zrobiłam kilka prostych zeszycików – szytych i klejonych – z wykorzystaniem tego materiału do okładek. Te brązowe są malowane akwarelami i tuszem, a te zielone – złocone! Prawie wszystkie powędrowały już do różnych sympatycznych osób i mam nadzieję, że w użytkowaniu także się sprawdzają.

 

Złote kangury

Ooooo to było coś bardzo ciekawego.

Dostałam wspaniałe zlecenie.

Zrobić okładki, które wyglądałyby jak stare oprawy książek, do czytania z nich tekstów na przedstawieniach dla dzieci.

Można to było zrobić na kilka sposobów – z prawdziwej skóry, czyli tak na serio, serio. Z malowanego płótna. Z winylowej sztucznej skórki. Jakby się zastanowić, to jeszcze kilka metod pewnie dałoby się wymyślić, ale ku mojemu wielkiemu zadowoleniu Zleceniodawca wybrał wersję z malowanym płótnem. Ozdobionym złoceniami.

A jedną z rzeczy, jakie miały być wyzłocone, był motyw kangura.

Zachwycona, zabrałam się do pracy.

Najpierw pomalowałam płótna tak, żeby wyglądały możliwie podobnie do skóry, i rozwiesiłam je wszędzie, wszędzie. Potem starannie przygotowałam okładki: tektura, z doklejoną ramką, grzbiety, z fałszywymi zwięzami, takie rzeczy. Następnie zaś zaczęłam studiować kangury.

Narysowałam ich kilka, różnej wielkości, dopasowując potem obrazki do moich ramek na tekturze, i po dłuższych deliberacjach dobrałam jeden rozmiar. Przeniosłam następnie rysunek na folię do złocenia.

Płótna zdążyły już wyschnąć, więc starannie obciągnęłam tekturowe elementy płócienną okładką, podklejoną dodatkowo papierem i tkaniną, żeby wszystko było solidniejsze. Pozostawiłam wszystko do dociśnięcia i wyschnięcia, a w tym czasie zaczęłam dumać nad mocowaniem kartek w okładkach.

Początkowo chciałam to wykończyć jak typową podkładkę do papieru, klipsem albo może wąsem, albo zapięciem jak w segregatorze, ale potem pomyślałam sobie, że im mniej będzie widać technicznych, „współczesnych” detali, tym lepiej. Zdecydowałam się więc na magnesy.

Na wewnętrznej stronie wkleiłam cieniutkie metalowe elementy, wykończyłam wszystko czerwoną, mięciutką tapetą i po prostu przyczepiłam na miejscu magnesy, sprawdzając wcześniej, czy będą trzymać kilka kartek. Ponieważ trzymały, mogłam się zabrać za złocenie.

O, uczciwie się zastanawiałam nad złoceniem. Miało być widoczne, tak żeby oprawa robiła z daleka wrażenie takiej „starej”, więc narysowałam na folii – ODRĘCZNIE! – o ile dobrze pamiętam chyba trzydzieści dwa ornamenty do narożników. Do tego dodałam już od ręki dodatkowe esy-floresy i kropki, no i, oczywiście, centralne kangury! które wyszły naprawdę przyjemnie, i całkiem podobne do siebie.

No, a potem to już tylko drżałam, czy  – bo rzecz całą robiłam bardzo, bardzo szybko – wszystko się dobrze skleiło, zwarło, trzyma formę i czy Zleceniodawca jest zadowolony.

Ale ze zwrotnych informacji wnioskuję, że tak!

Bardzo mnie to cieszy, bo była to jedna z przyjemniejszych moich prac – ciekawa, trochę inna, taka, gdzie mogłam się wykazać, ale też i czegoś nowego nauczyć, słowem – idealna. Ogromnie mi miło, że mogłam zrobić te okładki. A wyszły one tak:

 

 

Dwa notesy w słońcu

Kupiłam piękny, sztuczny zamsz w kilku kolorach, trochę na wariata, bo nie miałam pojęcia, czy to w ogóle się nadaje do oprawiania. Ale całe szczęście okazało się, że tak. Złocenie wygląda na nim trochę dziwnie, i ciężko zrobić wyraźny rysunek – podobnie jak na zwykłym zamszu oczywiście. Ale to nie oznacza, że zupełnie niczego nie da się z tym zrobić.

Natomiast materiał przepięknie przyjmuje farby! Nic się nie rozlewa ani nie robi głupich dowcipów, ma się pełną kontrolę nad efektami i bardzo mi się to podoba.

Niemniej jednak, gładki sztuczny zamsz też jest bardzo wdzięczny i wygląda ślicznie, więc robiąc okładki z tego jednego kawałka ciepłożółtego materiału jedną zrobiłam ozdobioną, a drugą – gładką.

Mniejszy, zdobiony, jest właśnie malowany i złocony, nie za gruby, w poręcznym formacie. Większy, o biało-żółtych kartkach i ślicznej wyklejce w stylizowane motyle, jest bardzo miły i kiziaty (trafił zresztą w miłe rączki pewnej panienki, która odwiedziła niedawno nasz dom – Emilki, która ozdobiła go sobie wedle własnego upodobania).

Ale na pewno jest ten zamszyk obiecujący i warto z nim pracować.

O, takie są efekty: