Na skorupce ślimaka

Osobiście nie kocham ja ślimaków, zwłaszcza takich nagich, które zżerają mi szczypiorek, funkie i nagietki, a w ogóle to prawie wszystko. Z naszego ogródka bardzo stanowczo je wypraszamy. Zostawiamy tylko zaprzyjaźnioną rodzinę winniczków, albowiem przeczytałam, że winniczki jaja tych nagich ślimaków uważają za stosowne śniadanie.

No więc skoro winniczki są akceptowalne, to fantazja na temat ślimaka musiała być bezwzględnie fantazją na temat winniczka. Ich jest zresztą parę rodzajów, ale o to mniejsza, bo i tak sobie sporo po prostu pozmyślałam na bazie paru podstawowych zdjęć. Jaki zresztą ślimak nosiłby na muszli miniaturowy zamek? Jakby te moje nosiły to bym je sama dokarmiała.

Ale kolejny notes z okienkowej, bajkowej serii, którą sobie zamyśliłam, bardzo ładnie mi się wymyślił z tym ślimakiem. Akwarelka była w niebiesko-złoto-brązowych tonacjach mniej więcej, zatem poszłam w takie kolory – i w barwie kartek, i okładki, i detali ozdobnych. Czyli: brązowo-złoty kawałek pięknej tapety ze zbiorów Cioci. Papier Pepin w chryzantemy na złotobrązowym tle. I żeby niebieskiego też coś było, wycięłam ażurowe romby z zepsutego, listewkowego wachlarza. Pomalowałam je na mieniący się, niebieskawy kolor i wkleiłam w rogach okładki.

Akwarelka poszła oczywiście do okienka.

Bardzo mi się ten notes podoba. To znaczy, ja oczywiście jestem świadoma wszystkiego, czego jeszcze nie umiem. Ale po tych okienkowych notesach widać i to, że czegoś się już nauczyłam. Chwyciłam tu… podejrzałam tam… instagramowe filmiki i zdjęcia, mimo że Instagram jest wybitnie wkurzający i fatalnie zorganizowany, są niezwykle pouczające i zachwyca mnie wciąż ilość fantastycznie utalentowanych i pracowitych ludzi, którzy pokazują, co się jak robi. Youtube, jak wytrwale ignorować algorytmy, też wciąż kryje ocalałe instruktaże. A są i takie miejsca, gdzie mają całe dyskusje konserwatorów, introligatorów i bibliotekarzy, i zalinkowane liczne opracowania – na przykład elaboraty o wyklejkach albo spory nad metodami sporządzania płótna introligatorskiego. I to się po trochu schodzi razem.

I kiedy tak wszystko się ładnie zejdzie, to aż mi się chce uczyć dalej, poprawiać bardziej i za jakiś czas znowu samej sobie sprawić drobną radość podobnego rodzaju.

Żabi król

Robiłam niedawno takie zbliżone do kwadratu notesy, do których okładki sklejałam z dwóch warstw beermaty. Taka tektura jest znacznie lżejsza niż typowa szara, nawet kiedy się użyje dwóch warstw, i jest bielutka. Zostały mi więc niewielkie, odcięte od formatu a5, białe tekturki. Wyrzucić? No gdzieżby! Lepiej sprawdzić, jak się na takiej beermacie zachowają różne media.

Okazało się, że zachowują się całkiem znośnie. Moje ulubione cienkopisy z niezmywalnym tuszem niestety za bardzo się na nich rozlewają, ale kiedy człowiek rysuje zdecydowanie i szybko, to nie zdążą 🙂 A do akwareli to już w ogóle świetnie się nadają, chociaż gotowe obrazki musiałam suszyć pod obciążeniem marmurowej kostki, bo się nieco wyginały.

Hajda zatem, malować po beermacie! Na razie wyprodukowałam cztery obrazki, każdy nieco węższy od smartfona i podobnej długości. A po co taki format? A po to, żeby je wkleić na okładki nowych notesów, rzecz jasna.

Wymagało to okładki z wgłębionym okienkiem. Zrobiłam więc okładkę z okienkiem. Obłożyłam prześlicznym, czerwonym płótnem, na którym dodatkowo moją kolbą do wypalania, którą oblatuję zwykle złotą folię, wytłoczyłam ramki na obu stronach okładki. W okienko wkleiłam pierwszy z obrazków na beermacie: żabiego króla z kluczem w łapce. Potem natomiast w obrazku zrobiłam dziurę, a w dziurze wkleiłam żywiczny klejnocik z czerwonym wzorem, na który specjalnie obmalowałam zawczasu miejsce na obrazku. On prześlicznie zbiera światło – nie wiem, czy można to docenić na zdjęciach, ale naprawdę wygląda jak coś magicznego.

A co w środku? W środku normalny papier, ale z dwoma składkami zielonego i czerwonego papieru. Czerwono-zielony wzór pięknych wyklejek z papieru Pepin. Kapitałki czerwone, ale wstążeczka na zakładkę – zielona! Jak widać, zestawienie czerwonego z zielonym mnie nie opuszcza w tym roku.

Co z tego wszystkiego wyszło? Ano bardzo ładny notes wyszedł. Wprawdzie kolba do wypalania w drewnie nie jest idealnym narzędziem do ślepych tłoczeń, niestety, ale wydaje mi się, że wcale nie wygląda to fatalnie. A żaba w okienku na tle tej pięknej czerwieni to naprawdę bardzo efektowny obraz.

Osty do wyboru

Na skutek spiętrzonych doprawdy okoliczności tak się jakoś złożyło, że obchodząc jedno z licznych wiosennych świąt mojego Ojca ofiarowałam mu nie jeden obrazek akwarelowy, lecz trzy na ten sam temat, do wyboru.

Tematem tym były osty.

Oset jest częścią naszego stałego, prywatnego żartu i w ogóle już między nami obrósł w znaczenia, więc nie powinno dziwić, że padła idea namalowania właśnie tego, a nie innego kwiatu.

Będąc sobą, Ojciec mój oczywiście wybrał najmniejszy i najbardziej niepozorny z trzech obrazków ostowych. Dwa pozostałe mi zwrócił i dlatego każdy teraz może je sobie nabyć na Decobazaar, o tu i tu.

Oczywiście nie byłoby tych obrazeczków, gdyby nie sam Tato, który jest też fundatorem obu moich cudownych zestawów akwareli.

Portret kota Stefana

Nie chcę tu opowiadać całej historii, bo choć jest piękna, to jednak prywatna, ale w każdym razie dostałam zlecenie: namalować portret kota. Obejrzałam zdjęcia i zamarłam: jakie to zwierzę ma niesamowite oczy! Od razu było wiadomo, że trzeba je będzie naprawdę dobrze przestudiować.

I tak zrobiłam! Do tego niedużego portreciku zrobiłam jakieś ćwierć kilo szkiców, dochodząc w końcu i do takiego momentu, że jeden z tych szkiców wydał mi się sam w sobie całkiem okej (dołączyłam go do zlecenia). Chwyciłam więc za akwarele i z wielkim pietyzmem wzięłam się za malowanie kota Stefana.

Na życzenie właścicielki jeszcze go trochę bardziej napuszyłam, ale zasadniczo portret wygląda tak:

Kartka z sową

Nie jest wcale tak łatwo znaleźć portretowe zdjęcie sowy, zwłaszcza uszatej, na którym nie wygląda ona jak na typowym selfie zrobionym dla beki, ale musiałam takie znaleźć. Sowa miała bowiem ozdobić ręcznie robioną karteczkę, która winszować miała osobie poważnej i nie było mowy o żadnych śmichach-chichach, tylko żeby było sympatycznie i z szacunkiem.

Jest to jedna z przyjemnych okazji, kiedy moja wrodzona niechęć do wyrzucania nawet niewielkich kawałków pięknych papierów okazuje się jednak nie być taką okropną wadą: z niedużych, odciętych pasków, jakie przechowuję skrzętnie w warsztacie, da się idealnie skomponować kartkę. Użyłam jako bazy uroczego, brązowego kartonika z chmurkowatymi skazami (uwielbiam ten papier i jego przypadkowość), a sowa została namalowana akwarelami, wycięta i przyklejona na wierzch 🙂

Tak to wygląda:

Wszędzie pies!

Bardzo lubię entuzjastów, i lubię coś dla nich robić. Wśród nich zaś entuzjaści zwierząt zajmują miejsce poczesne. No trzeba być naprawdę przejętym, żeby zamówić dwa notesy oraz obrazek ze swoim psem! Nic więc dziwnego, że zabrałam się do roboty z równym przejęciem i zadowoleniem.

Obrazek poszedł na pierwszy ogień, choćby po to, żeby lepiej przestudiować Obiekt 🙂 Czarujące spojrzenie, wdzięczna poza – no, te rzeczy 🙂

Następnie zarysowałam kolejne kartki studiami na temat, żeby w końcu przenieść najlepsze rysunki na folię do złocenia.

Same notesy miały mieć kolorowe kartki, ale przyznam, że jak tylko usłyszałam „kolorowe” to zaraz stwierdziłam, że może to dotyczyć tak w ogóle całości. Tym bardziej, że mam naprawdę bardzo piękne płótno introligatorskie w żywych kolorach, które mi świetnie pasowały do tych kolorowych kartek. I tak jeden notes ma ogólnie tonację zieloną, a drugi – płomienistą 🙂 Wyklejki do tego doszły mojego projektu – w kuleczki oraz w mniszki – i oto efekt końcowy całości jest taki:

Wiosenne przyjemności

One tak wyłażą powoli! Jest ich oczywiście coraz więcej, ale ja bym chciała, żeby już kwitły… Wiosenne kwiaty są chyba najbardziej optymistyczne, a na pewno najdzielniejsze, i zaraz się człowiek czuje lepiej, kiedy się pokażą.

Ale póki się nie pokażą, mam oto tutaj do pokazania (a w sklepiku do nabycia) malutkie obrazki akwarelowe z kwitnącymi wiosennymi kwiatami. Jest pewna nadreprezentacja żółtych kwiatów, ale to po pierwsze dlatego, że one są TAKIE optymistyczne, a po drugie – sasanki i krokusy mam jeszcze na warsztacie.

Dostałam niedawno od mojego Szalonego Ojca wprost obłędny zestaw przepięknych akwareli, ale te obrazki to są jeszcze moje stare farbeczki wierne – bardzo zresztą dobre, i TEŻ od Szalonego Ojca.

Daleko stąd – ciąg dalszy :)

Te trzy obrazki, o których niedawno pisałam? Pojawił się kolejny. Ten z drzwiczkami w drzewie, ale trochę większy i nieco bardziej skomplikowany, sprawił mi dodatkową przyjemność wyzwaniem w postaci markowanej rameczki. Obrazek ma być przyklejony, nie powieszony, więc musiał pozostać lekki. Zamiast rameczki wycięłam zatem wąską obwódkę ze sztywnego, złotego kartonu, tnąc na tacce o kratkowanej powierzchni, żeby temu złotemu dodać nieco faktury.

Takie to coś powstało i już może służyć jako codzienny, drobny element koniecznego eskapizmu.

Daleko, daleko stąd!

Czytanie może być przyczyną wielu groźnych przypadłości, a najbardziej oczywiście groźna pomiędzy tymi przypadłościami jest (przynajmniej dla tyranów i osób pozbawionych wyobraźni) możliwość popadnięcia w eskapizm.

Nie kto inny, a słusznie wielbiony, szanowany, a przez niektórych nawet posądzany o świętość, J. R. R. Tolkien, uważał, że eskapizm nie jest niczym złym, a wręcz stanowi obowiązek, tak jak obowiązkiem żołnierza jest ucieczka z niewoli.

Powiedzmy sobie szczerze, jedyne osoby, które eskapizm krzywdzi, to te, które chciałyby zamiast iluzyjnych uniwersów znaleźć się jako jedyny obiekt uwielbienia w centrum świata eskapisty. A ich nie żałujemy.

Ale oczywiście w próżni się nie żyje, coś też trzeba zrobić, a ja akurat prosto z zaczytania zrobiłam te oto trzy obrazeczki – ewidentnie krajobrazy Chmurokukułczyna czy innej tam Nibylandii.

Akwarelowe

Pisałam już o CraftPap – i wciąż mam go całkiem sporo, i absolutnie nie planuję zaprzestać z niego robić różnych detali do notesów. Można w niego oprawiać twarde, tekturowe okładki jak w skórę czy płótno, ale ciągle mi się tak bardzo podobają miękkie okładki z samego CraftPap, i tym razem chcę pokazać notesy tak właśnie oprawione, pomalowane akwarelami.

Trochę wciąż kombinuję z wykończeniem takich notesów – mimo że szyte jak do twardych opraw, niespecjalnie mi się widzą z normalnymi kapitałkami czy zakładkami, wypróbowałam więc różne rodzaje wykończenia – wstążką, pętelką, kapitałką. Nadal nie wiem, która wersja podoba mi się najbardziej, ale może wymyślę jeszcze co innego?

Samo malowanie akwarelami to na tym materiale czysta frajda – właściwie można robić co się chce. Efekty są bardzo ciekawe i na pewno będę wypróbowywać kolejne pomysły.

W każdym razie – oto pierwsze akwarelowe notesiki.