Rosnąca potrzeba zielonego

Co tu dużo mówić, zima. Niektórzy źle znoszą listopad i grudzień, ale w listopadzie i grudniu to ja jeszcze mam trochę pary z jesieni. Za to od początku lutego, praktycznie od moich urodzin, zaczynam przebierać nogami i parskać w blokach startowych, żeby już nadeszła ta wiosna! Albo przynajmniej przedwiośnie…

A to płótno, proszę Państwa, jest zieloniutkie jak kwiecień. A do niego – papier Pepin, biały w czerwone kwiaty. A żeby nie było nudno, to na przedzie okładki wycięty z tegoż papieru ornament, wykończony listewką oklejoną tym samym płótnem, co i reszta.

Zaczęłam też z lubością oklejać różnymi adekwatnymi okleinami/papierami końcówki zakładek. Podpatrzyłam ten zabieg u Starszych i Mądrzejszych i bardzo mi się spodobał. Tu zakładkę zdobi także wyklejkowo-okładkowy papier Pepin.

Zielone pudełko

Ciągnie człowieka do zielonego w zimie! Odkąd rozwinęłam ten wielki arkusz zielonej okleiny papierowej, to oprawiam w nią różne rzeczy i oczywiście zostają mi różne ścinki. A jak ścinki, to nadają się one na brzegi pudełek i tym podobne rzeczy.

Zresztą pudełka to idealny sposób również na ścinki tektury – mam sporą garść całkiem szerokich pasków odciętych od starych okładek albo arkusza tektury. Wyrzucać je? A niby dlaczego, skoro dobrawszy sobie z nich zestaw można zrobić pudełko.

To więc zużyło trochę tych wszystkich ścinków, ale żeby nie było tylko ścinkowe, wykończyłam je arkusikiem klajstrowego papieru – w taki fajerwerkowo-chryzantemowy wzorek, zielononiebieskiego.

Ponieważ zaś przymierzam się do bardziej skomplikowanych kształtów pudełkowych, zrobiłam je z przegródką, żeby sobie wyćwiczyć jak to się tam robi. I wyszło bardzo przyjemnie. Może przyda się komuś kiedy! A jakbym z nimi nic nie zrobiła, ścinki poszłyby na makulaturę…

Liściasty

Otrzymałam zamówienie od bardzo mi miłej koleżanki, którą podziwiam z całych sił od dawna. Jest niesamowita! Próbowałam to jakoś opisać nie wchodząc w zbyt rozpoznawalne szczegóły, ale nijak mi nie wychodzi, więc musicie uwierzyć mi na słowo 🙂 I dla niej musiałam zrobić coś Specjalnie.

Zażyczyła sobie Ona obrazka z roślinami na okładce, więc właściwie wszystko już zrobiłam tak roślinnie, jak się tylko dało.

Wydrukowałam bardzo liściasto-organiczną wyklejkę na seledynowym papierze. Narysowałam i pomalowałam akwarelami obrazek (zajęło to trochę, ale też jest to może mój ulubiony styl rysowania i każda chwila była przyjemnością). Potem jeszcze w samym notesie, zgodnie z zamówieniem, narysowałam trochę niewielkich rysuneczków, również o przyrodniczej tematyce (może poza myszą-baletnicą, która wprawdzie z fauny, ale kulturowo przetworzonej i nie jestem pewna, czy się liczy).

I jak już było wszystko zrobione, to uznałam, że nie jest jeszcze wystarczająco Jeden Jedyny. I wycięłam osiemdziesiąt listków z kilku rodzajów zielonego papieru, i przykleiłam dookoła obrazka na okładce 🙂

Uważam, że to było Właśnie To.

Zieloności w najciemniejszy dzień roku

Co człowiek może, jak się zrobi tak ciemno? No może zrobić zieloniutki notes.

Składniki na ten smakowity zestaw leżały na moim stole już dłuższą chwilę i w końcu koniunkcje planet zagrały, wiatr powiał z dobrej strony i oto zrobiłam notes zielony, a zdobiony złotą folią. Poszedł na to chyba najpiękniejszy arkusz papieru klajstrowego z tego lata.

Już w jednym notesie wypróbowałam złocenie papieru klajstrowego tak, żeby wyglądał jak marmurowe żyłkowanie. Spodobał mi się ten efekt tak bardzo, że w tym zielonym go powtórzyłam o wiele śmielej i nadal mi się podoba!

W środku jest natomiast kremowy papier – taki troszkę sztywniejszy. Wyklejki tym razem nie odgrywają głównej roli, ale i tak wybrałam dwie przyjemne przypadkowe kartki. Czemu przypadkowe? 🙂 A bo kupiłam w mojej ulubionej hurtowni rzecz wspaniałą, mianowicie przecenione papiery na kilogramy. W naprawdę fajnej cenie mają oni dostępne pozostałości z ryz, a także kartki prawdopodobnie ze skrajnych końców barwienia w masie, bo są przypadkowo cieniowane, albo w obłoczki, albo nierówno farbowane. Ja je uwielbiam, i tak właśnie weszłam w posiadanie brązowego papieru z nierównymi przejaśnieniami. Zachwycające.

Wszystko to złożyło się na bardzo ładny, klasyczny szkicowniczek.

Dżungla z gekonem

Obok notesów z możliwie realistycznymi portrecikami zwierząt zdarzają się czasem sytuacje, kiedy już człowiek nie wyrobi w ten sposób, no nie, no przepraszam, naprawdę. W zamówieniu zwierząt pojawiło się bowiem aż cztery, z czego jedno okazało się być fenomenalnym gekonem.

Takim żółtym.

Do tego dwa czarrrrne koty i piękny pies.

Jak to razem zmieścić na okładce, szczególnie, jeśli wie się również, że przyszła właścicielka jest miłośniczką roślin?

Trzeba to całe towarzystwo ukryć w zieleni, mianowicie.

Zabrałam się za rysowanie. Nawet na etapie czarno-białym to było coś 🙂

Potem wersja kolorowa:

I wreszcie sam notes.

Musiał, no musiał być zielony i tak mi się wydawało, że też by powinien być z okienkiem. Zieloną, piękną okładzinę papierową miałam, okienko wyrzezałam. Do tego specjalnie zrobiona wyklejka – znowu ręcznie odrysowany pędzel w GIMPie, jakie to jest wspaniałe narzędzie doprawdy! Wydrukowana na tym wspaniałym papierze z PaperConcept zrobiła się naprawdę świetna.

No i tak ten notes się ostatecznie prezentuje:

Zimozielony

Z powodu zleceń mam teraz na warsztacie różnorakie okienka i okieneczka, co oczywiście owocuje również pobocznymi pracami, które powstają przy okazji tego tryndu 🙂 Ten notesik jest ofiarą… eee… efektem tej okienności.

Ile razy ja go już przycinałam, to nie zliczę – zawsze jakoś stawiał opór i wychodził krzywo, aż w końcu popatrzyłam na niego zimno i powiedziałam: draniu. Albo będziesz prosty, albo cię potnę jak niszczarka.

I proszę, prościutki jest.

Jest też w zielonym papierze, który zawsze sprawia mi pewne problemy przy oprawie. Już dawno się poddałam jeśli chodzi o używanie do niego kleju CR – tylko klajster – a i tak oszaleć można, bo pokazuje każdą delikatną nierówność czy włókienko na tekturze jakby to było nie wiadomo co, a ja często używam tektur z odzysku i nawet szlifowanie nie zawsze na nie pomaga. Są bardziej wybaczające materiały niż ten papier, ale jaki on ma piękny ten ciemnozielony kolor, jak choinka!…

Okienko w porównaniu z papierem było już banalnie proste, a w okienku narysowałam gałązkę, i zrobił się zaraz klimat ogólnie zimowy. Z piękną wyklejką i śliczną, ciemnozieloną wstążeczką jako zakładką zrobił się naprawdę zgrabny, fajny notesik.

Kocie spojrzenia

Dostałam zamówienie na notes – zamówienie tym milsze, że przy okazji odkryłyśmy z zamawiającą wspólne korzenie w fandomie, czyli słynne forum Mirriel. Wykonałam dla niej dwa notesy, z których każdy jest zupełnie inny, a z każdego miałam ogromnie wiele przyjemności.

Pierwszy był prezentem dla przyjaciółki, która jest właścicielką przepięknych kotów, więc zamówienie było na notes koci. Zaproponowałam, że może uda się zrobić notes w TE KONKRETNE koty! (no co mi szkodziło, najwyżej bym nie dała rady). Zasiadłam więc do rysowania, wyciągnęłam akwarele, kredki i tusz i… i okazało się, że pierwszy ze sportretowanych kotów jest absolutnie dziko fotogeniczny i rysowanie go jest przyjemnością.

Potem zabrałam się za drugiego, który jest znowuż kwintesencją kociości: bure, pasiaste futerko jest rysunkową enigmą, napisaną chyba jakimś szyfrem albo co, w każdym razie umordował mnie jak nie wiem i poprawiałam go tyle razy, że obawiałam się że przebiję papier 🙂 Ale poradziłam sobie i z nim:

Tu kicik jeszcze przed ostatecznym poprawieniem pyszczka, więc spogląda trochę z przekąsem

No i w końcu sam notes! Notes miał być trochę gładki, trochę w kratkę (i jest). Znowu użyłam również papierów klajstrowych, a całość zapakowałam w etui w srebrzyste liście.

Wszystko dostało jeszcze wstążeczkę i pofrunęło paczkomatem, o czym wspominam dlatego, że w przeciwieństwie do drugiego notesu udało się to uczynić bez żadnych wybuchów 🙂

A tak wygląda gotowy notes:

Redukcja chlewika

Wbrew pozorom, nie chodzi o mój warsztat 🙂 Chodzi o chlewik nastolatkowy. Mój młodszy syn, no zdumiewające, nie lubi porządków. Ale! Dosyć lubi pudełka.

Weszłam do niego do pokoju w jakiejś sprawie i oczywiście mnie natychmiast cofnęło. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak, jak można by się domyślać, jednakże doszliśmy do stosownej korekty stanu areałów młodzieżowych, a ponieważ jednym z punktów zapalnych były porozrzucane drobne elementy elektroniki, głównie akcesoria do słuchawek i tym podobne, podatne na zmiażdżenie, upaćkanie i ogólnie nieekonomiczne zaniedbania, zaofiarowałam się, że zrobię dziecku na nie ładne pudełeczko. Zielone, żeby pasowało mu do zielonego pokoju.

I zrobiłam pudełeczko. O, takie, ze ścinków tektury i papieru z większych projektów, ale nadal całkiem ładne, a słuchawki, gumeczki, wtyczki i inne takie mają teraz wyznaczone miejsce.

Różowe lubię

Ten notes zaczął skromnie – jako ostatnia resztka papieru z drukarnianych resztek, jeszcze sprzed lat, z czasów, kiedy w bibliotece zdarzało mi się poprosić czasem o trochę takich obciętych pasów papieru, które nam tam służyły do różnych celów. Potem dyrekcja się zmieniła i już niczego nie dawała, ale miałam jeszcze jeden taki zwitek. Więc papier nie jest szczególnie szlachetny, i nawet tak troszeczkę zżółkł, ale po zszyciu wygląda przyjemnie i postanowiłam zrobić z niego coś naprawdę ładnego.

Po pierwsze, pokropiłam krawędzie różową farbą. Bardzo lubię takie nakrapiane, tylko najlepiej coś takiego robić nad folią bo wiecie co się dzieje, jak stara szczoteczka do zębów z farbą przesuwa się z wdziękiem po patyczku, prawda? Nakrapiane robi się absolutnie wszystko. Na przykład, w moim przypadku, telefon.

Po drugie, wzięłam śliczne, zielone płótno z odzysku i postanowiłam przeznaczyć je na grzbiet. Po trzecie, do płótna i różowej farby dobrałam też wstążkę na zakładkę i papier z różowo-zielonym wzorem. I żeby nie było już za dużo tego dobrego, wyklejka jest po prostu różowa i gładka.

Te wszystkie róże wyglądają, moim zdaniem, bardzo fajnie, a ten papier na okładce to już w ogóle jest obłędny. Barrrdzo lubię tak zestawione różowości.

Oliwkowy, nieduży

Można powiedzieć, że ten notes to jest notes będący świadectwem rozgryzienia pewnego problemu. Miałam, no, właściwie mam, okładzinę, której spory rulon dostałam od Znajomego Profesjonalisty. Papierową, i jest to niemalże zabytek 🙂 – pochodzi ze zlikwidowanej drukarni. Ilekroć nią coś obkładałam, to ona mi się marszczyła albo robiła różne dowcipy, zmuszając mnie do poprawek i działań ratunkowych.

Ale ja ją rozgryzłam. Otóż ona nie lubi ani kleju, ani mojego klajstru. Ona lubi wyłącznie mój klej do tapet. Na kleju do tapet nic się nawet nie próbuje psuć, tylko pięknie przylega i siedzi gdzie miało siedzieć. Oczywiście, oznacza to, że musiałam jeszcze wzmocnić trochę grzbiet, na wypadek gdyby chciał się jakoś niesłusznie zachowywać, ale w końcu jest z tego przyjemny notesik – okładkę ozdobiłam dodatkowo paskami tego samego papieru, z którego są wyklejki, oraz cieniutkimi, tłoczonymi paseczkami. Jest ładny i poręczny, no i ten piękny, oliwkowy kolor!