Błękity swobodne

Kupiłam papier na kilogramy. Nie powiem, gdzie, ale mam taką hurtownię, która sprzedaje papier na kila za okazyjną cenę – kruczek jest w tym, że są to nieposortowane kolory, gramatury i niedoróbki. Oczywiście zdarza się, że w ten sposób uzyska się np. 10 kartek pięknego papieru, ale z wadą – zagięciem przez sam środek. Ale zwykle rzecz wymaga tylko chwili na posortowanie zdobyczy, a niespodzianki są przy tym fantastyczne.

I tym razem zdarzyła mi się taka niespodzianka: otóż w paczce znalazłam papier barwiony w masie, ewidentnie niedorobiony, może z wierzchu stosu? Na kolor błękitny. Niedorobienie pozostawiło lekkie ziarno, a poza tym… przepiękne chmury! W ten sposób uzyskałam papier chmurzysty jak niebo.

Od razu coś zaczęło we mnie pokrzykiwać z entuzjazmem: jas-kół-ki! jas-kół-ki!!!

Namalowałam więc tuszami jaskółki w różnych ujęciach i zrobiwszy z nich pędzel do GIMPa, zajaskółkowałam wyklejki.

Do tego idealnie przypasował mi papier klajstrowy na okładkę, z jakby wichrzystym wzorem. Do tego lekko przetarta okleina z odzysku i zakładki, żeby dobrze furczało, i już się zrobił notes wietrzny, powietrzny, swobodny! Bardzo mi się on podoba. Ma okładkę wyłożoną gąbeczką pod tym klajstrowym papierem i miło się go trzyma w ręku, a jest naprawdę ładny.

I te jaskółki. I papier chmurzysty.

Piękne, piękne psy

Dostałam wspaniałe zamówienie – notes przedstawiający dwa setery. Żeby je właściwie sportretować, otrzymałam odpowiednie zdjęcia i zaparło mi dech: jakie one są piękne! Te spojrzenia, ta gracja, no naprawdę zachwycające zwierzęta! Jak umiałam, narysowałam podwójny portret i wtedy doszło do mnie, że one się proszą o okienko.

Wykonałam kilka próbnych ruchów (jak to było widać w poprzednim wpisie) i wykonałam dla pięknych psów okładkę ze ślicznego płótna i równie ślicznej tapety, a do tego dodałam osobiście zaprojektowaną wyklejkę, którą się już chwaliłam tu i ówdzie, i papier gładki i w kratkę.

Notes nie dość, że mnie się podoba i cieszę się z tego, jak go zrobiłam, to jeszcze najwyraźniej spodobał się nowej właścicielce, a więc zamawiająca sprawiła radość dwóm osobom za jednym zamachem… przynajmniej, ale o tym może później.

Na razie proszę się przyjrzeć jak wyszło – i naprawdę mam nadzieję, że widać choć po części, JAKIE TO SĄ PIĘKNE PSY.

Rybek wielkie mnóstwo

I znowu przerabiałam stary notes. Problem z nim był taki, że barwienie brzegów okazało się dla akurat tego notesu Zupełnie Nieodpowiednie, więc wyprułam go z okładki, przycięłam i oprawiłam na nowo.

Tym razem wykorzystałam jako wyklejkę mój własny papier klajstrowy w rybki, a na okładkę – papier Pepin, także w rybki (i koralowce). Żeby nie było tak z zakładkami i z zakładkami, dla odmiany zrobiłam wersję wiązaną na wstążeczki (bardzo to lubię). Z dodatkiem grzbietu (kawałeczek tapety z łowów w markecie budowlanym) w piękny wzór zrobił się z tego przyjemny, morski notes, jak tęsknota za latem normalnie.

W listki wierzbowe

Nie ma się tu co zgrywać, nie ma co udawać, ten notes został oprawiony w tapetę, której całkowicie legalny odcinek długości około czterdziestu centymetrów ucięłam sobie w sklepie Leroy Merlin.

Co tu dużo mówić, spodobała mi się ona bardzo. Akwarelowe wierzbowe listki w sympatycznych odcieniach indygo, na białym tle, no naprawdę bardzo ładne. Dodałam do tego jeszcze grzbiet z ciemnoniebieskiego płótna, jasnoniebieską wyklejkę i zakładkę i wszystko to poszło na bloczek z kartek w kratkę, który pozyskałam jakiś czas temu, wybebeszając przeohydny notesik w disneyowskie Auta. Uważam, że bloczek na tym jednakowoż skorzystał.

Na płóciennym grzbiecie wyzłociłam folią wzory z podłużnych listków, pasujące do tapety. I powstał absolutnie przesympatyczny, nieduży, subtelny notesik A6, i te listki, no naprawdę, są fantastyczne.

Włamyhobbit opanowany

Nie będę nigdy więcej miękki, mam swoje szczęki! – Podśpiewywałam sobie tę piosenkę, fotografując moje jak dotąd największe osiągnięcie w dziedzinie pudełkowości, albowiem jest to pudełko szczękowe, ze szczelnie zamkniętym grzbietem.

Pewnego razu odwiedzałam rodzinę i od słowa do słowa pokazano mi książkę, którą należałoby ładnie oprawić – szkopuł w tym, że była to książka w klejonej oprawie broszurowej.

Ale jaka książka!

Pierwsze polskie wydanie „Hobbita” mianowicie, z ilustracjami Jana Młodożeńca – prawdziwy skarb dla takiej jak ja fanki.

Wydrukowany na typowym papierze z tamtego czasu – zżółkłym i kwaśnym, niestety – będzie pewnie wymagać jakiejś bardziej zaawansowanej konserwacji, gdyby sobie tego właściciele życzyli, od odkwaszania począwszy. Klejony. W papierowej, zwykłej oprawce. W dobrym stanie, więc nie było powodu, żeby podejmować jakieś drastyczne kroki już teraz. Co za dylemat! Mogłabym, oczywiście, zrobić udawaną oprawę twardą – mogłabym, czemu nie. Ale w ten sposób może naraziłabym dobrze się wciąż trzymającą książkę na obciążenia, których mogłaby nie wytrzymać, a tego bym sobie nigdy nie darowała. Każda inna książka, ale nie ta. No bo Tolkien! Hobbit! Pierwsze wydanieeeeee!

I tak mijał czas, a ja wciąż patrzyłam na tę książkę jak na wyrzut sumienia i nie mogłam się zdecydować, co z nią zrobić. Wreszcie – a nie powiem ile minęło tego czasu, tylko tyle, że mam bardzo cierpliwą i życzliwą rodzinę – postanowiłam podejść do sprawy jak uczciwy bibliotekarz, a nigdy nie przestanę być duchem po części bibliotekarzem, i zanim zapadną ewentualne dalsze decyzje ochronić książkę. Oraz, patrząc od wewnątrz fabuły, schować ją bezpiecznie przed szkodliwymi wpływami smoków, goblinów oraz ewentualnych Włamyhobbitów 🙂 A najlepiej to zrobić przy pomocy dopasowanego, solidnego pudełka.

Więc je zrobiłam.

Korzystając z podpowiedzi niezawodnego DAS Bookbinding, który nawet prostym projektom potrafi dodać szwungu przez swoje drobne wskazówki i sztuczki, zrobiłam pudełko z dopasowanym grzbietem, granatowo-złote, a na wierzchu nakleiłam płócienny panelik z wyzłoconym słynnym inicjałem Tolkiena.

Jestem absolutnie przeszczęśliwa, kiedy tylko spojrzę na zdjęcia tego pudełka. Hobbit! Pierwsze! Młodożeniec! I ja!

Śniegulki

Szczerze mówiąc, nie mogę nigdy zapamiętać, jak się nazywa ten krzew, który ma takie białe, delikatne owoce – białe kuleczki, które z leciutkim trzaskiem pękały pod moimi butami, kiedy rzucałam je na chodnik na osiedlu Centrum A, idąc do szkoły jesienią.

Zresztą, co tu będę ściemniać, do dzisiaj mi się zdarza zerwać kilka takich kuleczek i je sobie rozdeptać, jak nikt nie patrzy. Ale zawsze mi się to kojarzy z rzędem krzewów wzdłuż chodnika, tuż przed przejściem przez jezdnię z torami tramwajowymi.

Lubię też bardzo motyw dekoracyjny z powtarzającymi się gałązkami z okrągłymi owockami albo pączkami – ot, kółeczka na rozgałęzionych kreseczkach. Bardzo mnie uspokaja rysowanie takich wzorków, a w wersji białej, na szaroniebieskiej okładzinie, z miejsca mi to przypomniało – śniegulki, śnieguliczki?

Notes jest taki w miarę normalny, żadnych dziwnych papierów – białe kartki, srebrzysta wyklejka i twarda okładka.

To ten drugi notes, co farba się rozlała i, no, chwyciłam za pędzelek.

Pisałam wczoraj o rozlanej farbie z markera – no więc to jest ten drugi, który malowałam ową farbą. Nie jest to jednak rzecz aż tak prosta, ponieważ tak naprawdę odcienie złota są tu trzy! Najpierw oczywiście ten rozlany – najbardziej zbliżony do mosiężnego koloru. Potem jasnozłota farbka, a na koniec – jeszcze jeden marker, w kolorze różowego złota.

Nie było czasu się zastanawiać, więc zrobiłam to, co mi wychodzi najszybciej i najbardziej naturalnie – narysowałam Jakiś Motyw Ozdobny. Ale żeby to nie brzmiało jak robota na łapu-capu, to należy wziąć pod uwagę, że: malowanie odbyło się na starannie zrobionym notesie oprawionym w sztuczny niebieski zamsz (ostatni kawałek) z ręcznie malowaną szaro-złotą wyklejką mojego osobistego autorstwa (nie żaden wypadek), że dodatkowe odcienie złota i cały motyw zostały starannie odrobione, i wreszcie – że notes wygląda bardzo przyzwoicie.

Ryba z wąsami

Jeszcze jeden ze złoconych notesów. Chyba muszę zrobić parę zdobionych inaczej, żeby mi – ale przede wszystkim Czytelnikom – nie zaczęło się ziewać… Ale na razie jeszcze ten jeden.

Oprawiony znowuż w to ciemnoniebieskie płótno i wyzłocony w rybeczkę, notes poniekąd towarzyszy pasji mojego starszego syna do klimatów japońskich. Bardzo mi się podobają wąsate smoki i wąsate karpie w deseniach japońskich i stwierdziłam, że też chcę karpia.

Oczywiście zawsze człowieka ukarze entuzjazm, bo potem musiałam robić te wszystkie łuski i zawijaski, ale za to wyszło ładnie. Wyklejka jest z pięknej, prążkowanej papierowej tapety, papier jest sztywny i kremowy, a wszystko dodatkowo z metalowymi narożnikami.

Wróbel

Gdzieś pomiędzy „wróbelek jest mała ptaszyna” a „dzień wróbli i jasności” fruwają sobie te ptaki, które za mojego dzieciństwa były pospolite jak błoto. Teraz jest ich przerażająco mniej (niestety, jednego przyniósł nawet w paszczy nasz kot). Ale po kilku latach, kiedy nie widziałam ich niemal w ogóle, ostatnio zaczynam rozpoznawać przynajmniej dwie okoliczne bandy! Latają całą hałaśliwą gromadką, kłócąc się i szalejąc między krzakami.

I na notesach też je lubię. Ten notes jest przyjemny, granatowy w płótnie – robię w tych płótnach ile się da, bo to sama przyjemność. Format ma troszkę mniejszy niż A5, poręczny i zgrabny, i jest z białego papieru ze śliczną wyklejką – jedna z moich ulubionych. Wróbelek jest wyzłocony. Ostatnio najczęściej złocę – po prostu dlatego, że to takie przyjemne, a też wydaje się podobać innym.

Zawsze się smok przyda

Co tu dużo mówić, smok to motyw zdobniczy popularny, sympatyczny i w ogóle. Mieć smoka na notesie to trochę tak, jakby mieć go po swojej stronie, a nikt mi nie powie, że w naszych ciężkich czasach nie przyda się jakieś wsparcie.

Ten notes ma być nie tylko smokiem, ale wszystkim użyteczny 🙂 Ma twardą oprawę, malowaną właśnie w motyw smoka na przepięknym płótnie introligatorskim – uwielbiam je, ma taką fakturę gładziutką i elegancką. W środku jest wyklejka, moim zdaniem bardzo przyzwoicie pasująca do smoczego motywu, oraz kilka rodzajów kartek.

Bardzo lubię te notesy ze smokami, bo dając komuś notes ze smokiem tak jakbym posyłała takiego stwora na odsiecz. Dobrze wygląda?