Na choinkę

Już kilka lat temu spróbowałam tego po raz pierwszy, dla nas do domu i w prezencie dla bardzo miłej nauczycielki, i od tej pory chodziło za mną, że powinnam wreszcie znowu zrobić trochę takich: książeczek – ozdób choinkowych.

No więc kiedy wzięłam się za miniaturki, przy okazji odłożyłam troszkę większe ścinki papierów i zaczęłam przygotowywać odpowiednie rozmiarem książeczki do wieszania na choince.

Różnica technicznie jest taka, że ich tym razem nie szyłam, lecz kleiłam, a zwykle powściągliwy styl oprawek oczywiście tutaj musiał być bardziej papuzi: świecidełka, błyszczące okładziny, złotka. Wstążeczki nie pełnią roli zakładek, ale wieszadełek – chociaż to wciąż te same satynowe tasiemki, których najchętniej używam (muszę jeszcze zrobić zestaw na konopnych sznureczkach albo rafii! zupełnie inny styl, ale wychodzi bardzo ładnie, tak – że się ośmielę napisać – rustykalnie).

No bo czy może być coś milszego, niż ulubione przedmiociki wprost na choince?

Nieznacznie obciąż uszko książką

Zmodyfikowałam nieco miniaturowe książeczki przeznaczone na kolczyki. Żeby zredukować wagę, zrezygnowałam z szycia – klejona nić jednak trochę waży – i dobrałam materiały tak, żeby było lżej, i w ogóle zrobiłam notesiki-kolczyki odrobinę cieńsze.

Wydaje mi się, że nie ma co robić ich mniejszych. 2,2-2,4 cm to jest chyba dobra wielkość, bo na mniejszych już niewidoczne byłyby detale. Zdobienie też trzeba stosować z umiarem.

Ogólny efekt jest całkiem fajny i myślę, że to są dobre tropy. Dalsze eksperymenty z całą pewnością nastąpią, a na razie niechże pokażę najnowsze cztery pary (dostępne na Decobazaar).

Miniaturka z Totoro

Jedna z miniaturowych książeczek nadała mi się idealnie, żeby wykorzystać arkusik (no, kawałek arkusika) pięknego papieru origami, jaki kiedyś dostałam. Był za mały na oprawianie notesu w normalnej wielkości, ale do miniaturki nadaje się idealnie.

Jestem wielką miłośniczką Totoro – tej niewzruszonej, mocnej pogody wobec ludzkich dramatów. W ogóle, mimo zdecydowanego braku entuzjazmu dla mangowego stylu, wielbię filmy Miyazakiego dla studia Ghibli za ich mądrość i głębię, i tę pewną, jakby to określić – czystość.

Jak więc miałabym się nie cieszyć z możliwości oprawienia czegoś w papier z Totoro? Choćby takiej miniaturki właśnie.

Mniejszych już chyba nie zszyję :)

Nie ma co pisać. Nie ma co mówić. Te dwie mają 1,5 cm długości.

Granatowa była pierwsza i to niestety widać – źle odmierzyłam okładkę i trochę za bardzo wystaje.

Albo może i nie widać?

Ale czerwona jest bardzo w porządku. A z czego jestem chyba najbardziej zadowolona, to z tego, że mój patent na uszko zaginane wzdłuż grzbietu sprawdza się i w tych malusieńkich bardzo dobrze.

Tak to wygląda:

Dwie maluteńkie, ale wciąż jeszcze nie najmniejsze

Co tu dużo mówić. Miniaturki się fantastycznie robi. Mają przyjemnie różnorodne zastosowania – zawieszki, naszyjniki, breloki, ozdoby choinkowe, kolczyki, wreszcie – wyjątkowo dyskretne notatniczki 🙂 Poza tym cieszy się moje oszczędne i lubiące recykling serce, gdy mogę wykorzystać resztki papierów, ścinki kartonów i ostatki płócien.

Te dwie książeczki są zdecydowanie weselsze 🙂

Książka zdobi

Oczywiście, najbardziej zdobi dosłownie książka książka, w sensie książki 🙂 Ale oprócz tego książka w wersji miniaturowej jest bardzo wdzięcznym elementem ozdobnym. Stąd właśnie dzisiejsze wściekle czerwone książeczki – kolczyki.

Nie robię biżuterii za często, za to miniaturek ostatnio narobiłam trochę i tylko się rozglądam, do jakich by tu przyjemnych celów jeszcze je wykorzystać.

A te książeczki zrobiłam specjalnie jednej wielkości – są naprawdę maciupeńkie, mają ok. 2, 5 cm, żeby nie były za ciężkie. Z tego samego powodu, w przeciwieństwie do pozostałych miniaturek, nie próbowałam do nich napchać mnóstwo stroniczek, ale te, które są, jak najbardziej zszyłam uczciwie i co więcej – zabarwiłam na złoto brzegi. Oprawa jest płócienna, wyklejka z papieru Pepin z piękną arabeską. W dodatku jak najbardziej można małe draństwa jeszcze dodatkowo spersonalizować – mogłabym namalować lub wyzłocić inicjał, powiedzmy 🙂 Normalnie aż żałuję, że sama kolczyków nie noszę.

Breloczek też być może

Jak tak już wyciągnęłam swoje pudełko ze ścinkami i kawałkami tekturek, tudzież dwa wachlarzyki próbek płótna i oklein introligatorskich jakie dostałam kiedyś na Targach Książki (ech…) – to czemu ograniczać się tylko do dwóch miniaturek?

Zrobiłam trzecią i dodałam do niej na grzbiecie (całkiem sprytnie, muszę się pochwalić) kółeczko, i całość umocowałam na normalnym kółku do breloczka.

Znowu jest to książeczka szyta i klejona jak normalny notes, można w niej pisać i wszystko jest tak jak trzeba. A na dodatek mogłam użyć jeszcze raz tej ślicznej okleiny w złote kwiaty, której już nie mam tyle, żeby oprawić normalny, duży notes.

Nastrój poprawia miniaturka

Kiedy się człowiek poczuje jesiennie i deszczowo, nie ma to jak znaleźć sobie jakieś pocieszenie. Można, oczywiście, wyżerać czekoladę, lecz jest to społecznie źle widziane. Kawa jest w porządku, dobra muzyka również, ale najlepiej do tego wszystkiego zrobić sobie jeszcze miniaturową książeczkę.

To właśnie robiłam wczoraj.

To nie są jakieś bardzo zaangażowane miniaturki. Przypominam – miały poprawić humor. Brakuje im więc tu i ówdzie nieco precyzji. Ale wciąż są to uczciwie uszyte i sklejone, oprawione i ozdobione książeczki, mają zakładki, kapitałki, wyklejki, oklejone grzbieciki i wszystko jak należy.

Poza tym są słodziutkie. O.