Czerwone kartki, czerwone kartki…

Co tu zrobić fajnego z czerwonymi kartkami?

Próbowałam różne rzeczy do nich dopasować, w końcu zdobyłam się na odwagę i o tak, przykleiłam do bloczku wyklejkę ze złotego kartonu. Pomogło? No niespecjalnie.

Wreszcie mi się jednak udało – w chińskich wzorach papierów Pepin znalazłam taki, który pięknie odpowiada kolorystyce i stylowi i oprawiłam czerwony bloczek ze złocistymi detalami. I już był całkiem ładny notes, kiedy nagle, po wyjęciu go z prasy, doznałam Olśnienia: na tych dwóch zakładkach ze złotej tasiemki IDEALNIE będą wyglądać złote dzwoneczki. I to jeszcze przy tym chińskim papierze.

Więc dowiązałam dzwoneczki pieczołowicie, i przy okazji wymyśliłam, jak zabezpieczyć końcówki supełków, i nagle notesik gwałtownie zyskał na urodzie. Jak to jednak różne drobiazgi mają znaczenie!

Sposobem

Co zrobić, kiedy Pospolitość Skrzeczy? No sprawić sobie notes, wiadomo 🙂

A na szczególnie uciążliwą pospolitość należy mieć dobrą broń. A oprócz tego, jakby broń zawiodła, flaszkę z tym lub owym (trucizna? gorzałka? magiczny napój? :)).

Z tym założeniem został zrobiony ten notes – nieco mniejszy, niż A4, w ciemnoczerwonej okładzinie, złocony folią i z siedmioma zakładkami, żeby rzeczywistość łatwiej było ogarnąć.

Muszę tu powiedzieć, że to mój pierwszy raz z tym typem okładziny. Bardzo fajnie się z nim pracuje, wygodnie i bez problemów, ale złocenie folią jest… zupełnie inne, niż na materiałach, jakich dotychczas używałam i trzeba bardzo uważać, bo mi się kolba ślizga 🙂

Mniejszych już chyba nie zszyję :)

Nie ma co pisać. Nie ma co mówić. Te dwie mają 1,5 cm długości.

Granatowa była pierwsza i to niestety widać – źle odmierzyłam okładkę i trochę za bardzo wystaje.

Albo może i nie widać?

Ale czerwona jest bardzo w porządku. A z czego jestem chyba najbardziej zadowolona, to z tego, że mój patent na uszko zaginane wzdłuż grzbietu sprawdza się i w tych malusieńkich bardzo dobrze.

Tak to wygląda:

Książka zdobi

Oczywiście, najbardziej zdobi dosłownie książka książka, w sensie książki 🙂 Ale oprócz tego książka w wersji miniaturowej jest bardzo wdzięcznym elementem ozdobnym. Stąd właśnie dzisiejsze wściekle czerwone książeczki – kolczyki.

Nie robię biżuterii za często, za to miniaturek ostatnio narobiłam trochę i tylko się rozglądam, do jakich by tu przyjemnych celów jeszcze je wykorzystać.

A te książeczki zrobiłam specjalnie jednej wielkości – są naprawdę maciupeńkie, mają ok. 2, 5 cm, żeby nie były za ciężkie. Z tego samego powodu, w przeciwieństwie do pozostałych miniaturek, nie próbowałam do nich napchać mnóstwo stroniczek, ale te, które są, jak najbardziej zszyłam uczciwie i co więcej – zabarwiłam na złoto brzegi. Oprawa jest płócienna, wyklejka z papieru Pepin z piękną arabeską. W dodatku jak najbardziej można małe draństwa jeszcze dodatkowo spersonalizować – mogłabym namalować lub wyzłocić inicjał, powiedzmy 🙂 Normalnie aż żałuję, że sama kolczyków nie noszę.

Co tu mówić, fajny, czerwono-srebrny notesik

Karteczki szare są, wyklejki czerwone, i tak już na zmianę – jak nie czerwono, to srebrzyście, a papier oklejający okładkę z wierzchu ma i jedno, i drugie.

Notes jest bardzo sympatyczny, ma zaokrąglone rogi, co uważam zawsze za oznakę ogólnej przyjazności i co powoduje, że zaraz mam skojarzenia z biblioteką jezuitów w Krakowie i starymi książeczkami do nabożeństwa, takimi używanymi intensywnie, z rogami wytartymi na okrągło. Mieli tam takie i zawsze mi się to podobało, a takie przycinane na okrągło też lubiłam i lubię nadal.

Papier na okładce to ostatek z bardzo pięknego zeszytu papierów Pepin, a grzbiet jest z okleiny ze starej okładki. I wszystko razem ma taki look lakowego pudełka trochę. Nie mam nic więcej tutaj do dodania, ale proszę tylko spojrzeć. Czy nie ładny?

Odruchowo bym powiedziała, że notesik jest HOŻY.

No bo tak. W środku jest taki krzepki blok kartek w jasnopopielatym kolorze. Są wyszlifowane dremelkiem na równo, ale kiziato, to znaczy dość grubym papierem ściernym 🙂 Następnie wyklejki i grzbiet – z mięciutkiej, czerwonej okładziny, jak skórkowe buciki, czerwone, do tańca, albo coś takiego. Potem okładka, w papierze – białym, w bukiety kwiatów, niby indyjski wzór, ale nieoczekiwanie wyszedł jakoś tak w stylu Krakowiacy i Górale.

I jeszcze wstążki!

Nie dość, że zakładki (czerwone) są dwie, to jeszcze mi było mało i wkleiłam dodatkowe dwie, do wiązania na kokardkę.

Efekt jest taki, że notes zaraz powinien zapiszczeć „Iiiiiiiiiiii!”, zatupać i odtańczyć taniec ludowy. Z przeproszeniem.

Naprawdę to wszystko wyszło zupełnym przypadkiem. Słowo.

W bonusie – też bardzo hoża czarna Furria, współpracująca dzisiaj ze mną pilnie przy wszelkich pracach polowych:

Niby szybko…

 

ale wyszło naprawdę ładnie, czysto i wyraźnie. Miałam notes właściwie gotowy – zresztą technicznie bardzo udany, schludny i z miłą, ciepłą kolorystyką, ale czegoś mu brakowało, a tu zbliżał się wielkimi krokami wyjazd na ComicCon. Nie namyślając się długo, chwyciłam za kolbę i od ręki, nawet nie rysując niczego na folii poza oczywiście kółkiem, bo regularne kółko od ręki jest absolutnie nieosiągalne dla mnie, machnęłam całe złocenie.

Tak jak podejrzewałam, dodało z miejsca charakteru temu notesowi i w efekcie zrobił się całkiem inny, taki jakby przygodowy, i teraz służy już dobrze – opuścił mnie podczas ComicConu 🙂

No więc niby jednym pociągnięciem, od razu, bez zastanowienia, a jednak… Nie ma co przesądzać, czasem w natchnieniu też wychodzi tak jak należy.

Z miłorzębem

Drugi z notesów wyciętych ze starego brulionu, wspomnianych w poprzedniej notce, jest nieco mniejszy. Dlatego podczas przycinania zrobił się jakiś taki nieproporcjonalnie długawy i go przycięłam. To pozostawiło mnie w posiadaniu niedużego pęczka równiutko ściętych karteczek, za dużych żeby je tak po prostu wywalić, ale za małych na szycie samodzielnego notesu. Hmm.

Najpierw więc oprawiłam zaplanowany notes. Jest bardzo przyjemny i poręczny – ma ozdobne wyklejki i twardą oprawkę, obciągniętą ręcznie malowanym płótnem. Czy nie wyszło ładnie? Mnie się bardzo podoba, trochę jak wschód słońca. Na to poszło złocenie – starannie wyrysowany liść miłorzębu, co zaproponował mi młodszy synek.

No ale jeszcze zostały te karteczki! Skleiłam je więc starannie w bloczek i dodałam okładkę z tego samego papieru ozdobnego, z którego zrobiłam wyklejki – akurat zostało tyle dużych ścinków, że się wszystko pomieściło. I w ten sposób zrobił mi się zestawik dwóch notesów, a właściwie notesu i bloczku kartek, co wygląda bardzo uroczo i co chyba będę co jakiś czas powtarzać, bo naprawdę mnie cieszą takie komplety. O, proszę – czy nie wygląda to przyjemnie?

Na kokardkę

Ten notes jest trochę inny, bo zawiązuje się go na wstążkę. Wstążka ma srebrny kolor i pasuje do zakładki, okładka jest w oprawiona w bordowy papier od Prawdziwego Introligatora (nieustająco dziękuję!), zaś kapitałki są kompletnie od czapy i nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zrobić akurat takie.

Uszyty jest z białego papieru o gramaturze bloku technicznego, osobiście bardzo taką lubię.

I też jest jednym z nieozdobionych notesów inspirowanych przez naszych gości (pisałam o tym dwa wpisy temu) – może kiedyś jeszcze coś na tej okładce wyląduje, ale… wcale niekoniecznie. Widać zatem, że jest to notes będący owocem impulsów i decyzji podejmowanych z przeróżnych powodów!

Ale całość wydaje mi się ładna, a jego impulsywna proweniencja każe podejrzewać, że nada się na jakąś emocjonującą zawartość.

 

 

Czerwone i czarne

Gościliśmy niedawno na ogrodowym przyjęciu znajomych, którzy oglądali sobie moje notesy z miłym zainteresowaniem. Kiedy wyciągnęłam najnowsze, niczym specjalnym jeszcze nieozdobione, i wspomniałam, że wkrótce pewnie je czymś dodatkowo ozdobię, goście spytali, dlaczego właściwie – są przecież okej takie, jakie są.

Pomyślałam sobie, że właściwie mogę nie ozdabiać – zawsze to wszak można zrobić później – i na cześć gości zostawiłam notesy gładkie.

Pierwszy z nich ma czarne kartki i do tego czerwoną okładkę – ulubiony zestaw kolorów mojego starszego syna. Do tego dołożyłam odpowiednią wyklejkę w czerwono-złoto-czarną arabeskę i czerwoną zakładkę. Płótno na okładkę jest, oczywiście, ręcznie malowane i dlatego jest takie nieregularne. Nb coraz bardziej lubię ten efekt i żeby go uwydatnić użyłam tym razem trzech odcieni czerwieni; zastanawiam się, czy to w ogóle widać, ale z pewnością mam sporo satysfakcji z tego, że JA WIEM.

Kartki ma dość sztywne, nadają się do różnych mrocznych konceptów, od pisania mrocznego dziennika po mroczne obrazki w rozmaitych technikach – 160 g o ile pamiętam dobrze.

Dobrze leży w ręce i może mogłabym do tego wszystkiego jeszcze dodać jakiś, czarny zapewne, ozdobnik na okładce – ale może faktycznie nie trzeba?