Błękity swobodne

Kupiłam papier na kilogramy. Nie powiem, gdzie, ale mam taką hurtownię, która sprzedaje papier na kila za okazyjną cenę – kruczek jest w tym, że są to nieposortowane kolory, gramatury i niedoróbki. Oczywiście zdarza się, że w ten sposób uzyska się np. 10 kartek pięknego papieru, ale z wadą – zagięciem przez sam środek. Ale zwykle rzecz wymaga tylko chwili na posortowanie zdobyczy, a niespodzianki są przy tym fantastyczne.

I tym razem zdarzyła mi się taka niespodzianka: otóż w paczce znalazłam papier barwiony w masie, ewidentnie niedorobiony, może z wierzchu stosu? Na kolor błękitny. Niedorobienie pozostawiło lekkie ziarno, a poza tym… przepiękne chmury! W ten sposób uzyskałam papier chmurzysty jak niebo.

Od razu coś zaczęło we mnie pokrzykiwać z entuzjazmem: jas-kół-ki! jas-kół-ki!!!

Namalowałam więc tuszami jaskółki w różnych ujęciach i zrobiwszy z nich pędzel do GIMPa, zajaskółkowałam wyklejki.

Do tego idealnie przypasował mi papier klajstrowy na okładkę, z jakby wichrzystym wzorem. Do tego lekko przetarta okleina z odzysku i zakładki, żeby dobrze furczało, i już się zrobił notes wietrzny, powietrzny, swobodny! Bardzo mi się on podoba. Ma okładkę wyłożoną gąbeczką pod tym klajstrowym papierem i miło się go trzyma w ręku, a jest naprawdę ładny.

I te jaskółki. I papier chmurzysty.

Daleko, daleko stąd!

Czytanie może być przyczyną wielu groźnych przypadłości, a najbardziej oczywiście groźna pomiędzy tymi przypadłościami jest (przynajmniej dla tyranów i osób pozbawionych wyobraźni) możliwość popadnięcia w eskapizm.

Nie kto inny, a słusznie wielbiony, szanowany, a przez niektórych nawet posądzany o świętość, J. R. R. Tolkien, uważał, że eskapizm nie jest niczym złym, a wręcz stanowi obowiązek, tak jak obowiązkiem żołnierza jest ucieczka z niewoli.

Powiedzmy sobie szczerze, jedyne osoby, które eskapizm krzywdzi, to te, które chciałyby zamiast iluzyjnych uniwersów znaleźć się jako jedyny obiekt uwielbienia w centrum świata eskapisty. A ich nie żałujemy.

Ale oczywiście w próżni się nie żyje, coś też trzeba zrobić, a ja akurat prosto z zaczytania zrobiłam te oto trzy obrazeczki – ewidentnie krajobrazy Chmurokukułczyna czy innej tam Nibylandii.

Zielone pudełko

Ciągnie człowieka do zielonego w zimie! Odkąd rozwinęłam ten wielki arkusz zielonej okleiny papierowej, to oprawiam w nią różne rzeczy i oczywiście zostają mi różne ścinki. A jak ścinki, to nadają się one na brzegi pudełek i tym podobne rzeczy.

Zresztą pudełka to idealny sposób również na ścinki tektury – mam sporą garść całkiem szerokich pasków odciętych od starych okładek albo arkusza tektury. Wyrzucać je? A niby dlaczego, skoro dobrawszy sobie z nich zestaw można zrobić pudełko.

To więc zużyło trochę tych wszystkich ścinków, ale żeby nie było tylko ścinkowe, wykończyłam je arkusikiem klajstrowego papieru – w taki fajerwerkowo-chryzantemowy wzorek, zielononiebieskiego.

Ponieważ zaś przymierzam się do bardziej skomplikowanych kształtów pudełkowych, zrobiłam je z przegródką, żeby sobie wyćwiczyć jak to się tam robi. I wyszło bardzo przyjemnie. Może przyda się komuś kiedy! A jakbym z nimi nic nie zrobiła, ścinki poszłyby na makulaturę…

Do nowej pracy

Czasem nowa praca nie jest perspektywą tyleż ekscytującą, ile budzącą pewne wątpliwości, a może i niepokoje. No… często. Oczywiście, wiele jest sposobów, aby się na nowym stanowisku poczuć pewniej, ale moim ulubionym jest taki, żeby te wszystkie nowe rzeczy sobie notować w czymś naprawdę przyjemnym, najlepiej zaś – ręcznie zrobionym notesie.

Niektóre firmy dają nowym różne takie papiernicze, i nie przeczę, że jest to miły gest, ale jednak co ręcznie zrobione, to ręcznie zrobione, i na przykład w moim krótkim korpo-epizodzie wolałam sobie notować w zeszycikach własnego wyrobu, niż w dostarczonym mi kołonotatniku.

Ten notes ma służyć właśnie podobnemu celowi – żeby te wszystkie nowe rzeczy lądowały w czymś ładnym! Papier jest stary, kremowego koloru, wyklejka – błyszcząca i perłowa, a na zewnątrz mamy batikowy wzór na papierze Pepin, w seledynie i czerwieni. Stąd i zakładki są takie zielononiebieskie, i całość w zamierzeniu ma się kojarzyć spokojnie, miło i być jak krzepiące poklepanie po plecach 🙂 Jest spory – trochę mniejszy niż A4, ale nie bardzo ciężki.

A ponieważ ten stary papier miał na dwóch kartkach zaplamiony rożek i nie udało mi się go przyciąć, obcięłam rożki w kształt kocich łebków, ażeby w środku czekało coś żartobliwego.

Po dostarczeniu do właścicielki czekała mnie jeszcze jedna miła niespodzianka – otóż chwyciła ona za przybory i dodatkowo sobie ten notes spersonalizowała, kolorując motywy na okładce. Czy może być coś bardziej indywidualnego? Jestem zachwycona – kiedy moje notesy wchodzą w interakcję z właścicielami, kiedy się zmieniają i stają bardziej ich, to jest właśnie TO 🙂

Nieoczekiwane pożytki z zeszłorocznych kalendarzy

Dostałam pod choinkę piękne, piękne papiery – trochę ryżowych i dwa zeszyty papierów Pepin – chińskie i japońskie. Japońskie mnie zaskoczyły, chociaż wydawało mi się, że widziałam dość dużo japońskich wzorów! Te, które mam w moim nowym zeszycie, są śmiałe i wyraziste, i bardzo inne, i w związku z tym szalenie inspirujące.

Mąż mój wyrzucał również – jak to na koniec roku – stary firmowy kalendarz. Jego była firma nie oszczędzała na materiałach i kalendarz był obłożony w śliczną, skóropodobną okładzinę, czarną i mięciutką. Jak już pewnie wie, kto mnie odwiedza, jak widzę nadające się jeszcze do użytku materiały introligatorskie, rzucam się na nie, wybebeszam, sortuję i używam. Od razu mnie się ta czarna nibyskórka rzuciła w oczy.

Brzeg kalendarza miał kwadratowe dziurki – na spiralę. Już-już miałam je odcinać, kiedy nagle! Nagle! Zobaczyłam naraz jednym błyskiem ten brzeg z kwadratowymi dziurkami i jeden z japońskich papierów – taki w ryby i fale, ale czarno-biały i z delikatną siecią w tle. Aha! – pomyślałam błyskotliwie.

Miałam uszyty bloczek papieru, naprzemiennie białego i szarawego eko. Dodałam do tego wyklejki z papieru, który wpadł mi w oko i tego samego papieru postanowiłam użyć na okładkę, ale tak, żeby kwadratowe wycięcia na brzegu pokazywały też ten papier. Normalnie bym oczywiście zlicowała dwa materiały różnej grubości, żeby na okładce były na jednym poziomie, ale nie tym razem! Papier wygląda spod krawędzi, ona się odcina wyraziście, i to jest TO.

Proszę tylko popatrzeć (mnie się strasznie podoba):

Liściasty

Otrzymałam zamówienie od bardzo mi miłej koleżanki, którą podziwiam z całych sił od dawna. Jest niesamowita! Próbowałam to jakoś opisać nie wchodząc w zbyt rozpoznawalne szczegóły, ale nijak mi nie wychodzi, więc musicie uwierzyć mi na słowo 🙂 I dla niej musiałam zrobić coś Specjalnie.

Zażyczyła sobie Ona obrazka z roślinami na okładce, więc właściwie wszystko już zrobiłam tak roślinnie, jak się tylko dało.

Wydrukowałam bardzo liściasto-organiczną wyklejkę na seledynowym papierze. Narysowałam i pomalowałam akwarelami obrazek (zajęło to trochę, ale też jest to może mój ulubiony styl rysowania i każda chwila była przyjemnością). Potem jeszcze w samym notesie, zgodnie z zamówieniem, narysowałam trochę niewielkich rysuneczków, również o przyrodniczej tematyce (może poza myszą-baletnicą, która wprawdzie z fauny, ale kulturowo przetworzonej i nie jestem pewna, czy się liczy).

I jak już było wszystko zrobione, to uznałam, że nie jest jeszcze wystarczająco Jeden Jedyny. I wycięłam osiemdziesiąt listków z kilku rodzajów zielonego papieru, i przykleiłam dookoła obrazka na okładce 🙂

Uważam, że to było Właśnie To.

Czerwone kwiaty i dużo malowania

Zapotrzebowanie było jasne. Należało działać szybko, więc zamiast drukowania templatek i ich szycia albo tym podobnych trzeba upolować normalny kalendarz, wyciąć go z okładki, doszyć większą ilość kartek gładkich, a następnie całość dla niepoznaki oprawić na nowo.

Tak zrobiłam. Okazyjnie nabyłam kalendarzyk, wyprułam z niego wnętrze, śliczną okładeczkę odkładając sobie na później. Doszyłam kilka składek białego papieru i wszystko przycięłam do jednego formatu. Ponieważ część kalendarzowa miała różne paski i inne takie z boku bloku, a część biała nie i wyglądało to niespecjalnie ładnie, pomalowałam krawędzie (na zdjęciu wygląda, jakby te paski były nadal widoczne, ale są tylko przy rozłożonych kartkach 🙂 ). A jak tak już malowałam krawędzie, to pomyślałam sobie, że oprawię też w malowane płótno. Akurat miałam kilka arkuszy ręcznie zagruntowanego płótna w sympatycznym brzoskwiniowym kolorze. Aha! Na coś takiego nie można pastelowymi kolorkami, to znaczy można, ale dlaczego, skoro da się też zrobić płomieniste kwiaty?

I takie to płomieniste kwiaty na tym płótnie namalowałam moimi wiernymi akwarelami.

Do tego jeszcze grzbiet z fałszywego zamszu bardzo ładnego, i wyraziste elementy wykończenia – i zrobił się notes z charakterem. I z kalendarzem. Tak to się prezentuje:

Optymizm jest trudniejszy

Muszę powiedzieć, że kiedyś nie doceniałam optymizmu i wydawał mi się on cokolwiek niewyrafinowany (młody był człowiek i mroczny). Dopiero z wiekiem dotarło do mnie, ile optymizm wymaga od człowieka charakteru i wysiłku. Czasami wysiłek wydaje się wręcz kolosalny. I wtedy pomaga, kiedy człowiek otoczy się jasnymi kolorami, harmonią, pogodną atmosferą, a jeśli naprawdę wie, co dla niego dobre, to też i kotami.

Jasne kolory, optymizm i koty to myśli przewodnie tego tu oto notesu. Jest nieduży, bo do torebki, ale myślę, że emanuje całkiem dużą dawką optymizmu.

Po pierwsze, koty. Jest tu wyklejka, którą już raz wykorzystałam na pomarańczowym papierze – tu mamy ją w wersji kolorowej na białym i też wygląda bardzo fajnie. Koty są również na okładce – wyzłocone, skłębione i wesołe.

Po drugie, kolory! Ciepły żółty, niebieski (klajstrowy papier w listki) i różowy (pasek mojego ręcznie malowanego płótna) razem tworzą całkiem wesołe zestawienie.

Po trzecie, przy robieniu notesów na optymizm mnie samej jest od razu bardziej optymistycznie i następuje sprzężenie zwrotne – dobry nastrój włazi między kartki, skąd mruga na mnie, a ja na niego, on się mnoży – te klimaty. Mam wielką, wielką nadzieję, że to się czuje.

Spokojnie i z połyskiem

To jeszcze jeden ze świątecznych notesów – prezent. Miał być właśnie spokojny, ale z błyskiem, i ja to potraktowałam najzupełniej dosłownie 🙂

Zaczęłam od ustalenia kolorystyki – beż z różem był okej, ale złoto mi do tego nie pasowało tak do końca, srebro tym bardziej… może ten połysk to miedziany? I to jest właśnie myśl przewodnia tego notesu 🙂

Wyklejka – różowa w delikatny wzór owoców dzikiej róży, ręcznie rysowanych tuszem, zeskanowanych i obrobionych w GIMPie – wyszła tak ładnie, że postanowiłam z niej jeszcze wyciąć kilka elementów ozdobnych na okładkę oraz do etui.

Okładkę zrobiłam z beżowej, miłej w dotyku okładziny – sama w sobie nie jest specjalnie efektowna, ale wszystko razem miało być harmonijne i sensowne, i to mi właśnie pasowało.

Grzbiet i brzegi bloku pomalowałam na miedziany kolor. Metaliczne farby zachowują się nieco inaczej niż zwykłe, jak zauważyłam, i trochę musiałam poeksperymentować. Ale rezultat jest bardzo okej, a jak notes będzie pracować i się pewnie lekko przetrze, to też będzie ładnie.

Etui oczywiście musiało powtórzyć te elementy.

I gotowy notes prezentuje się jak należy, o:

Żeby było dużo kotów

Takie zamówienia to ja lubię: tylko żeby było dużo kotów!

Ale czego innego można się spodziewać po kobiecie o hojnej naturze, z domem otwartym na kociość, zamawiającej na dodatek notes dla innej kobiety z temperamentem oraz domem otwartym na kociość? Spiętrzenia kotów, to jest pewne.

Zaczęłam więc od zastanowienia: gdzie do notesu można upchać koty? Na okładkę, rzecz oczywista. Na wyklejkę – no jasne, a najlepiej, żeby to były koty autorskie na tej wyklejce. I może gdzieniegdzie jeszcze w obrębie samego notesu?… No więc po kolei.

Okładkę najlepiej się maluje, kiedy człowiek ją zrobi z CraftPap – nie wiem jak oni tę celulozę prasują czy co z nią robią, ale to jest CUDOWNY materiał do malowania, akwarelami, tuszami, czym człowiek zechce. Tym razem poszłam w tusze: ręcznie robiony galasowy, czarny sklepowy :), złoty i brązowy… stalówka tylko śmigała, pędzelek także, i wkrótce miałam okładkę z leniwymi kociskami, takimi stylizowanymi tym razem.

Zadowolone koty? poproszę od razu dwa!

Wyklejka wymagała nieco więcej zabiegów. Należało namalować kilka kotów oraz kocią łapkę, tuszami i akwarelami, zeskanować, zrobić z nich pędzel do GIMPa, następnie naćkać kotów ile wlezie i wydrukować. Wybrałam wersję czarno-białą, za to wydrukowaną na pięknym, pomarańczowym papierze. Wyszło bardzo fajnie!

Wyklejka w całej okazałości

No i wreszcie należało pododawać tu i ówdzie na kartkach różne przyjazne kocie znaki: a to łapeczki, a to ciekawskie uszka, a to zaglądające zza krawędzi kartki koty 🙂 I jest notes zupełnie wypchany kociością!