Z czerpanym papierem

Ten notes jest z białego papieru, a okładkę ma twardą, w okładzinie o wyplatanej, wypukłej fakturze. Co jest jednak dla niego cechą wyróżniającą, to użycie do wyklejki i ozdoby okładki – papieru czerpanego z zaprasowanymi w środku roślinami.

Rzecz zabawna, są to zupełnie osobne dwa papiery, obydwa pochodzą z dna mojej szuflady i obydwa miałam już od lat, czekające cierpliwie na swoje zastosowanie.

Na okładce mamy kartonik z listkiem, ja wiem, może to być i pietruszka w sumie, a w każdym razie coś zbliżonego, pięknie powycinanego. Pochodzi z papeterii. Miałam taką piękną, czerpaną papeterię UNICEFu sprzed wielu, wielu lat, na której pisałam tylko rzeczy w rodzaju Szczególnie Czcigodnych Gratulacji – ostatnio z okazji ślubu pewnej bliskiej mi Pani – i ze wszystkiego tego został mi tylko ostatni kartonik, który się do pisania już nie nadawał z powodu uprzedniego spaprania jakichś życzeń, ale którego nie chciałam wyrzucać, bo papier jest taki piękny. Ostrożnie zdjęłam jednak z niego malutki prostokącik z listkiem i przykleiłam na okładce – bingo! Pasuje idealnie.

A pasuje dlatego, że na wyklejki użyłam kolejnego pięknego papieru czerpanego, niegdysiejszego prezentu od męża. Są tego dwa cudowne arkusze, a każdy z innymi roślinami, głównie trawami, zatopionymi we włóknach.

I niech mi ktoś powie, że szlachetny papier nie uszlachetnia zwykłych rzeczy – kilka prostokątów tego cudownego, grubego, czerpanego papieru i od razu mamy notes zupełnie nietypowy.

Można go sobie kupić, o, tu.

Śniegulki

Szczerze mówiąc, nie mogę nigdy zapamiętać, jak się nazywa ten krzew, który ma takie białe, delikatne owoce – białe kuleczki, które z leciutkim trzaskiem pękały pod moimi butami, kiedy rzucałam je na chodnik na osiedlu Centrum A, idąc do szkoły jesienią.

Zresztą, co tu będę ściemniać, do dzisiaj mi się zdarza zerwać kilka takich kuleczek i je sobie rozdeptać, jak nikt nie patrzy. Ale zawsze mi się to kojarzy z rzędem krzewów wzdłuż chodnika, tuż przed przejściem przez jezdnię z torami tramwajowymi.

Lubię też bardzo motyw dekoracyjny z powtarzającymi się gałązkami z okrągłymi owockami albo pączkami – ot, kółeczka na rozgałęzionych kreseczkach. Bardzo mnie uspokaja rysowanie takich wzorków, a w wersji białej, na szaroniebieskiej okładzinie, z miejsca mi to przypomniało – śniegulki, śnieguliczki?

Notes jest taki w miarę normalny, żadnych dziwnych papierów – białe kartki, srebrzysta wyklejka i twarda okładka.

Z ogródka alienów

Ten notes jest w środku zupełnie normalny – sztywny, biały papier i czarna wyklejka w srebrne, kropkowane kwiatki. Tył też ma względnie normalny, w sztucznej skórce z pewnej torebki. A z przodu jest haft, niby że w kwiatki. Ale to są takie alienowe kwiatki . Haftowałam je sobie w czasie przyjemnego spotkania z przyjaciółkami, stąd ich lekko abstrakcyjne kształty. Czasem fajniej wychodzą hafty cieniutkimi nićmi, ale do tych ewidentnie pasuje gruba, kolorowa mulina. Powstał z tego bardzo przyjemny, nieduży obrazeczek i jeszcze przyjemniejszy notes.

Trochę się bałam klejenia tego haftowanego płótna, bo zawsze jest to ryzyko, że się klej przesączy albo haft będzie wystawał gdzieś nieładnie, ale po bardzo delikatnym nałożeniu kleju pędzlem jakoś to poszło, nic nie przeciekło, nic nie odstaje, a wygląda tak:

Jest dostępny na Decobazaar, gdyby ktoś chciał alienowe kwiatki mieć dla siebie, razem z miłą atmosferą z tamtego popołudnia 🙂

Coś dla siebie

Dostałam kiedyś od mojej ukochanej siostry trzy notesy Moleskine – duże, prawie A4, w kartonowej oprawce, z pięknego, kremowego papieru. Zużyłam je do różnych rzeczy, ale z jednego została mi część niezarysowanych kartek. Szkoda mi ich było, a akurat nie mam melodii do dużych formatów, więc wycięłam je starannie i uszyłam z nich sobie nowy notes do torebki.

Nie tylko zresztą papier od siostry, okładka jest też rodzinna: z tapety od cioci. Śliczna, niebieskopopielata, miła w dotyku. Pozłociłam okładkę rysunkiem paproci, czymś bardzo dla mnie osobistym i bardzo przytulnym, i dodałam wyklejkę z pawimi piórami. Wszystko to się dla mnie składa na przedmiot budzący jakoś tak poczucie bezpieczeństwa, intymny i przyjazny, aż prawie mruczący dobre słowa, kiedy się go weźmie do ręki.

Więc na pewno zachowam ten notes dla siebie. Każdemu potrzeba czasami takich swoich, swojskich przedmiotów, które same przytulają się do dłoni.

Zawsze, kiedy robię notes dla określonej osoby, staram się włożyć w tę pracę szczególnie dużo miłości i zaangażowania. Wierzę, że jeśli tak zrobię, to nowy notes będzie taki – prawdziwszy, przyjaźniejszy i bardziej prywatny. Że będzie po nim widać moją życzliwość i zainteresowanie tym, co się znajdzie na zszytych przeze mnie stronach. Mam nadzieję, że Właściciele tych notesów jakoś to wszystko poczują, bo sobie samej właśnie też sprezentowałam taki wymowny i pełen znaczeń egzemplarz i jak najbardziej czuję to, jak tylko go otwieram.

Za dużo filozofowania nad prostym wyrobem papierniczym? Może, ale przekonałam się, że ręcznie robione przedmioty w ogóle tak mają i – tak trzeba nad nimi pracować.

 

Fantastyczne rośliny i jak je znaleźć

Plewienie ogrodu jest bardzo przyjemnym zajęciem. Wprawdzie muszę to robić w rękawiczkach, maseczce i kapeluszu, uważać na słońce i w ogóle zachowywać liczne nudne środki ostrożności, ale bardzo, bardzo lubię plewić. Na pewno mi to dobrze robi – zaraz się człowiek wzmocni, jak tak sobie powyrywa chwasty i poprzekopuje ziemię.

Poza tym – lubię rośliny od zawsze. Chwasty też, właściwie, wyłączając obmierzły podagrycznik, bo ze wszystkim innym jakoś się idzie dogadać. I lubię też rośliny fikcyjne. Takie, które mi pokazują – w filmach i w grach – i takie, które muszę sobie sama wyobrazić; takie, które są zupełnie zmyślone, i takie, które są nieprawdziwymi odmianami znanych mi gatunków prawdziwych; takie, które tylko udają fikcyjne, a tak naprawdę są pospolitymi roślinami w realu, i takie, które udają te znane, a są kosmicznie odmienne. I pomyślałam sobie, że mogłabym sobie narysować trochę fantastycznych roślin – a potem, że nie zaszkodziłoby też je podkolorować – i tak się zrobił cały projekt.

Poniżej załączam obrazki – w wersji czarno-białej i kolorowej – które na razie popełniłam (i wrzuciłam już na swojego tumblra, gdzie nie przestaje mnie zadziwiać, które z nich zyskują dziką popularność, a które sobie kwitną w kątku skromnie 🙂 ).

Corona civica

– oto podstawowe skojarzenie z dzisiejszym notesem. Przypomnę w skrócie i uproszczeniu, że było to odznaczenie rzymskie w postaci dębowego wieńca, przyznawane za uratowanie w boju życia obywatela rzymskiego. Tak sobie myślałam jakoś mgliście na temat męstwa, odwagi i siły, i sam mi wyszedł spod pędzelka motyw dębowych liści, złotym tuszem.Wspominałam już, jak bardzo lubię złoty tusz!

Sam notes jest uszyty ze zwykłego, kancelaryjnego papieru w kratkę – to jeden z bloczków, które uszyłam w szpitalu, więc jak ktoś zechce być patetyczny i górnolotny, może stwierdzić, że pasuje do tego męstwa 🙂

Ma twardą okładkę, okrytą malowanym ręcznie płótnem. Kolejny raz bawiłam się czerwieniami, tym razem celując w „przetarty”, nierówny i trochę chmurzasty efekt. Do tego piękne, także nierówno rozłożone linie złotego tuszu i już mamy dokładnie to, o co chodziło. W sam raz wszystko się świetnie nadaje do pisania epickiej fantasy 🙂 Mam też nadzieję, że przyszły posiadacz tego notesu odczuje jakoś, jaką nieziemską frajdę miałam przy pracy – absolutnie uwielbiam takie wzory, a malowanie ich, choć żmudne, daje ogromną przyjemność i satysfakcję.

Duży, duży kwiat

Samodzielne gruntowanie i malowanie płótna do oprawy jest bardzo przyjemną rzeczą. No i jeszcze potem tak się po tym fajnie maluje. A co? Duże kwiaty mianowicie.

Moja mama bardzo lubi śmiałe i duże kwiatowe wzory, w stylu piwonii czy chryzantem (jak przypadkiem nie robię tu nadużyć). W związku z tym mam już automatyczne skojarzenie: Mama = Duże kwiaty.

Więc co mogłoby być na okładce na czytnik dla Mamy Zleceniodawczyni? No oczywiście, duży kwiat.

wp_20161212_12_31_27_pro

wp_20161212_12_31_10_pro

wp_20161212_12_30_49_pro

Jestem zadowolona z tego wzoru, mam nadzieję, że widać, że wyszedł wyrazisty i kobiecy.

Warsztaty

– spędziłam uroczy, chociaż bardzo pracowity, weekend na warsztatach introligatorskich prowadzonych przez Jana Grochockiego dla szkoły Kaligraf. Bardzo, ale to bardzo przyjemne to były godziny. Chociaż bowiem można się naprawdę dużo nauczyć samemu, trudno nie docenić  możliwości dopytania, pogłębienia jakiegoś tematu albo po prostu – pracy pod okiem kogoś, kto wie, o co chodzi.

Warsztaty były kameralne – z pięcioma uczestniczkami – i mam miłe uczucie, że znowu zrobiłam jakiś postęp. Ciekawa rzecz, ale nigdy w życiu nie czułam potrzeby stawiania sobie specjalnie jakichś wyzwań. W ogóle wyzwania traktuję jako rodzaj, no, ataku i w odpowiedzi na wyzwanie zwykle staję słupka i zaczynam walić na oślep, w nadziei, że sobie pójdzie. A tak się jakoś dzieje, że z oprawianiem, szyciem, ozdabianiem i wszystkim mam wciąż ochotę jeszcze i jeszcze sobie docisnąć śrubę (bardzo stosowna metafora dla tej okazji).

Poniżej – efekty mojej pracy. Wiadomo, że idealne to absolutnie nie jest, ale… jak na tyle nowych rzeczy, których się nauczyłam… pozwalam sobie na sapnięcie z zadowoleniem.

wp_20161219_11_29_12_pro

wp_20161219_11_29_24_pro

wp_20161219_11_30_04_pro

wp_20161219_11_30_12_pro

Niciane liście

Bardzo mi się spodobał efekt, jaki się uzyskuje odciskając wzór nici ze szpulki na miękkiej masie fimo. Jest delikatny, bardziej może przypomina pióra niż żyłkowanie liścia, chyba że coś w rodzaju miłorzębu – i wskutek tego liście z takim wzorem prezentują się raczej jako realizm magiczny, niż realizm.

Na szarym, gładkim tle takie coś srebrnego wygląda, moim zdaniem, dość bajkowo – a że o to właśnie chodziło, jestem zadowolona.

WP_20160712_17_07_08_Pro 1 (2)