W listki wierzbowe

Nie ma się tu co zgrywać, nie ma co udawać, ten notes został oprawiony w tapetę, której całkowicie legalny odcinek długości około czterdziestu centymetrów ucięłam sobie w sklepie Leroy Merlin.

Co tu dużo mówić, spodobała mi się ona bardzo. Akwarelowe wierzbowe listki w sympatycznych odcieniach indygo, na białym tle, no naprawdę bardzo ładne. Dodałam do tego jeszcze grzbiet z ciemnoniebieskiego płótna, jasnoniebieską wyklejkę i zakładkę i wszystko to poszło na bloczek z kartek w kratkę, który pozyskałam jakiś czas temu, wybebeszając przeohydny notesik w disneyowskie Auta. Uważam, że bloczek na tym jednakowoż skorzystał.

Na płóciennym grzbiecie wyzłociłam folią wzory z podłużnych listków, pasujące do tapety. I powstał absolutnie przesympatyczny, nieduży, subtelny notesik A6, i te listki, no naprawdę, są fantastyczne.

Kamieniście

Kamyczki są interesującą fakturą, ale tapeta w kamyczki nie do wszystkiego się nadaje. Zestawianie jej ze wzorami jest ryzykowne, bo łatwo o jakieś wulgarne efekty 🙂 A przyznam, że wzory i ja to nie zawsze my, muszę do wzorów podchodzić ostrożnie i niechętnie je łączę zbyt śmiało.

Ale kamyczki plus ciemnoniebieskie płótno to zupełnie inna historia, a już szczególnie połączone złoconymi kreskami. Strasznie udane są te kreski i cieszę się nimi jak dziecko.

Notes był kiedyś zupełnie innym notesem, ale ładniej go przycięłam, zmieniłam kapitałki i wyklejki (na delikatnie szare, z kreską złoconą, żeby pasowała do okładki) i teraz jest naprawdę przyjemny. Szczególnie że okładzina jest bardzo miła w dotyku, taka ciepła – zupełnie się tego człowiek nie spodziewa po kamyczkach.

Detalem, detalem!

Skończyłam oprawiać ten notes i wciąż czegoś było brak.

Hmm.

Bloczek – jest, przyzwoity. Wyklejka jest, i to motylkowa. Zakładka jest. Okleiny na okładce pasują… no to o co chodzi?

Całe szczęście w rozterce wspomógł mnie przypadek. Tuż obok notesu leżały obcięte paseczki okleiny pozostałe po oprawianiu i mnie olśniło – w chwilę później przyklejałam już te paseczki na płótnie oklejającym grzbiet. I to było to! Teraz to wygląda jak sensowna i spójna całość, a nie przypadkowe zestawienie wszystkiego ze wszystkim, a to wyłączna zasługa cieniutkich paseczków okleiny, od których zaraz notesik kliknął, zagrał i prezentuje się tak:

Pudełko z przypadku

Strasznie lubię pudełka, od dzieciństwa zresztą, i od dawna uważam, że robię ich zbyt mało. A to bardzo wdzięczny temat jest. Dlatego się cieszę, że ostatnio jakby ich więcej, i pora je trochę też zaprezentować.

W trakcie pracy nad jednym takim bardzo poważnym pudełkiem (będzie o nim osobny wpis) źle sobie wymierzyłam rozmiar i jeden segment zrobił mi się o dosłownie milimetr za ciasny. Nie wpadajmy jednak w rozpacz, rzekłam sobie. Dorobiłam mu ściankę, dorobiłam wieczko i zrobiło się nieduże, lecz bardzo sympatyczne pudełko. Pasuje do notesu, pasuje i do różnych drobiazgów, a jest caluteńkie złote, obłożone w tapety i okładziny od Cioci (mówiłam już, że mam niesłychane szczęście z Ciociami?) oraz używany już przeze mnie piękny papier Indian Yellow.

Przydał się tutaj także jeden z moich wiernych pomocników w warsztacie – kostka marmuru, pozostała po poprzednich właścicielach domu z instalacji kominka (niestety, kominek mamy częściowo w marmurze). Kostka marmuru jest absolutnym hitem – obciążnik, podstawka pod rozgrzaną kolbę czy pistolet klejowy, kąt w trzech wymiarach, oparcie – wspaniała sprawa, kostka marmuru, a brzmi lepiej niż cegła, która mogłaby spełniać dokładnie te same funkcje 🙂

W każdym razie powstało pudełko, które od razu zdobyło sobie moją sympatię i które wydam między ludzi dopiero jak mi się znudzi patrzenie na te złotości, co może nie nastąpić zbyt szybko.

Mniej więcej grzyb

Trochę trwało, zanim sobie dobrałam wszystko do tego notesu. Myślę, że chyba zrobiłam go dla siebie, chyba że się kiedyś komuś szczególnie spodoba, ale w każdym razie traktowałam ten notes dość osobiście 🙂

Muszę tu przyznać, że mam okropny obyczaj zachowywania najładniejszych papierów na bliżej nieokreślony Koniec. Oznacza to, że mam zachomikowane najpiękniejsze papiery praktycznie na zawsze, bo zawsze coś nowego dostaję, dokupuję albo robię i… i… te co mi się najbardziej podobają wracają bezpiecznie do szuflady. Jednakże czasami coś mnie tak pcha i sięgam po te chomikowane, i je wykorzystuję. Czynię to zawsze z uwagą. I tak jest właściwie i z okładką, i z wyklejką tego notesu.

Okładka obłożona jest kawałkiem tapety. Miałam niewielki prostokąt tej mięsistej, miękkiej tapety winylowej i on do mnie mrugał chyba z rok. Wyklejka natomiast jest z zestawu papierów Pepin – ostatni arkusz, którego nie ruszałam prawie wcale (chyba do jednego notesu wcześniej?). Papier jest gładki i trochę sztywniejszy, w sam raz do rysowania. I wszystko to jakoś mi się razem składa na notes, który kojarzy mi się z grzybami. Znaczy nie zapachem, bynajmniej, tylko… te białe kartki są jak blaszki, deseń wyklejki jest grzybowy, a okładka, z tą szarością, też jest jakaś taka grzybowa. Zważywszy, że grzyby są przepiękne, mam nadzieję, że coś z tego przeszło i w efekt końcowy.

Dziewczyna z miotłą

Bladofioletowy notes o kolorowych kartkach aż się prosił o kobiecą dekorację. Nawet zakładeczkę ma ażurową w kwiatki – przyznam, że robiąc go z każdą chwilą bardziej nabierałam rozmachu.

No idealnie dla dziewczynki.

Jednocześnie jednak chodziło za mną coś… coś jak Harry Potter i w ogóle cały świat Rowling, na którym uczyłam się przecież fandomowego życia. Tak jest. Harry Potter, i dziewczyna, i notes, z czym też się to może kojarzyć?

Mnie skojarzyło się z Ginny Weasley, jedną z fajniejszych bohaterek tych książek, a jeśli z nią, to i z latającymi miotłami. W końcu specjalność Ginny to gra prowadzona na latających miotłach.

Ten ciąg logiczny doprowadził mnie do powstania poniżej prezentowanego notesu. Fioletowa okładka jest z pięknej tapety od cioci, a ilustrację na okładce zrobiłam akwarelami i olejnymi flamastrami. Wspomniana ażurowa zakładka pięknie pasuje do całości i lubię sobie myśleć, że Ginny Weasley mogłaby sobie, zamiast w podejrzanym notesie z nieznanego źródła, pisać pamiętnik w moim notesie. Jestem prawie pewna, że nie jest przeklęty przez żadnego mrocznego czarnoksiężnika.

Coś dla siebie

Dostałam kiedyś od mojej ukochanej siostry trzy notesy Moleskine – duże, prawie A4, w kartonowej oprawce, z pięknego, kremowego papieru. Zużyłam je do różnych rzeczy, ale z jednego została mi część niezarysowanych kartek. Szkoda mi ich było, a akurat nie mam melodii do dużych formatów, więc wycięłam je starannie i uszyłam z nich sobie nowy notes do torebki.

Nie tylko zresztą papier od siostry, okładka jest też rodzinna: z tapety od cioci. Śliczna, niebieskopopielata, miła w dotyku. Pozłociłam okładkę rysunkiem paproci, czymś bardzo dla mnie osobistym i bardzo przytulnym, i dodałam wyklejkę z pawimi piórami. Wszystko to się dla mnie składa na przedmiot budzący jakoś tak poczucie bezpieczeństwa, intymny i przyjazny, aż prawie mruczący dobre słowa, kiedy się go weźmie do ręki.

Więc na pewno zachowam ten notes dla siebie. Każdemu potrzeba czasami takich swoich, swojskich przedmiotów, które same przytulają się do dłoni.

Zawsze, kiedy robię notes dla określonej osoby, staram się włożyć w tę pracę szczególnie dużo miłości i zaangażowania. Wierzę, że jeśli tak zrobię, to nowy notes będzie taki – prawdziwszy, przyjaźniejszy i bardziej prywatny. Że będzie po nim widać moją życzliwość i zainteresowanie tym, co się znajdzie na zszytych przeze mnie stronach. Mam nadzieję, że Właściciele tych notesów jakoś to wszystko poczują, bo sobie samej właśnie też sprezentowałam taki wymowny i pełen znaczeń egzemplarz i jak najbardziej czuję to, jak tylko go otwieram.

Za dużo filozofowania nad prostym wyrobem papierniczym? Może, ale przekonałam się, że ręcznie robione przedmioty w ogóle tak mają i – tak trzeba nad nimi pracować.

 

Drobiazgom dobrze w niebieskim

Co zrobić, kiedy po zrobieniu notesów zostają ścinki, kawałki, paski papieru i płótna, dziwne ozdóbki, małe odcinki wstążek?

Oczywiście więcej notesów! Tylko że odpowiednio mniejszych.

Tak się złożyło, że akurat mi tym razem wyszło kilka małych notesików z takich resztek, a wszystkie w różnych odcieniach niebieskości! Z zakładkami i bez, otwierane w pionie i poziomie – wszystkie mieszczą się na dłoni. No nie zniosłabym marnowania dobrego papieru i innych rzeczy, skoro można z nich jeszcze zrobić całkiem przyjemne malutkie notesiki. Jeden w dżinsie, dwa w malowanym płótnie, jeden w tapecie – wyszły bardzo ładnie i pewnie posłużą jako drobne prezenty, albo może spodobają się komuś same z siebie? W każdym razie takie małe rzeczy też mają swoje miejsce wśród moich rozmaitych produkcji i poświęcam im tyle samo uwagi i pracy.

I od razu w życiu robi się bardziej niebiesko!

Z owocami

Był taki notes, który mi się  ohydnie rozjechał. Znaczy, zrozummy się dobrze: jak próbowałam go rozbebeszyć, żeby oddzielić okładkę od bloku i inne elementy, to po dłuższym mocowaniu się zrezygnowałam, chwyciłam za nóż i oberżnęłam co się dało, bo nie szło tego rękami rozerwać ani w ogóle zdemontować inaczej – kolejny dowód na to, że robię te notesy naprawdę mocne. No ale wizualnie się jakoś tak rozjechał. Był jeden z wcześniejszych, więc czuję się usprawiedliwiona. Tak troszeczkę.

W każdym razie postanowiłam oprawić go na nowo. Oszlifowałam i przystrzygłam blok kartek, wybrałam nowe wyklejki. Dałam nową zakładkę i kapitałki. Docięłam okładkę ponownie, bo chociaż poprzednia miała całkiem całe tekturki, to oderwanie od nich płótna i innych rzeczy okazało się KOMPLETNIE niemożliwe.

Obłożyłam okładkę tą udawaną skórką, co mi tak dobrze służy (Ciociu, dziękuję nieustająco). Na wierzchu namalowałam akrylami drzewko, ale właściwie nie wiem czemu dokładnie – tak mi w duszy zagrało. I dokleiłam szkiełka, żeby się błyszczało też. Wyglądają jak owocki, jakoś tak optymistycznie, choć drzewo jest bezlistne. Może drzewo dostało jakimś huraganem, ale nadal ma piękne owoce – te rzeczy, rozumiecie 🙂

I tak to sobie teraz wygląda.

Mrug, mrug

pawie oczko… Śliczny jest ten papier. Kupiłam go w zeszłym roku na Targach Książki. Opuściłam jak dotąd tylko jedne krakowskie Targi Książki – te pierwsze. Potem już nic mnie nie mogło skłonić do zignorowania ich, i czasami upoluję oprócz książek także piękne papiery.

Ten wystąpił już na tej stronie w kilku moich notesach – dwóch, trzech? Ale po raz pierwszy odgrywa podwójną rolę – wyklejki i obłożenia grzbietu.

Oprócz niego notes ma srebrną oprawę o wyraźnej fakturze, jak zmięty materiał. W środku jest jeden ze szpitalnych bloczków – w kratkę, z ręcznie dzierganą kapitałką w niebiesko-srebrnym kolorze, a zakładką jest niebieska, satynowa wstążeczka. W sumie daje to naprawdę przyjemny notes, w którym pewna miła Wiedźma z Warszawy może już wkrótce napisze sceny i notatki do swojej powieści, a ta powieść będzie naprawdę ciekawa (wiem to, bo czytałam fragmenty i omawiałam rzecz szeroko z Wiedźmą).

Nic nie powiem, tylko tyle, że będzie mi dziko przyjemnie, jeśli jakoś się przyczynię do zainspirowania owej miłej Wiedźmy! Niech się dobrze pisze!