Opcjonalna karteczka

Napisała do mnie jedna z moich fantastycznych koleżanek z pytaniem, czy zrobię dla niej kartkę na chrzest dla jednego z bliźniaków. Ale. Nie wiadomo jeszcze, którego! No co za historia 🙂

Biorąc pod uwagę, że do karteczki miał być dołączony prezent, kwestia oznaczenia kartki była jednak dość istotna – ale znalazłam rozwiązanie. Wymyśliłam projekt, poniekąd, niebiański – w bielach i błękitach, myślę, że stosownie, i jedną z chmurek zaplanowałam jako miejsce na imię. Imiona – obydwa – napisałam na samoprzylepnym papierze, w dwóch wersjach do wyboru. I tu kolejny raz przyjemność z kaligrafii – użyłam, powiedzmy, copperplate’a oraz zrobiłam wycieczkę w stronę modern calligraphy, a wszystko to pisakami do kaligrafii w odpowiednio niebieskich kolorach).

W środku znalazła się karteczka do napisania części literackiej – z doświadczenia wiem, że lepiej zrobić osobną, do wklejenia na dwustronnej taśmie, a jeszcze lepiej – z drugą zapasową. Oprócz tego zrobiłam i kopertkę na prezent, nawiązującą do tematu chmurek, i wszystko gotowe!

Zdjęcia zrobiłam, niestety, zanim dodatkowo ozdobiłam jeszcze kartkę srebrnym i białym tuszem, ale myślę, że nawet taka jest ładna, a jej urocza historyjka nadal wywołuje u mnie szeroki uśmiech!

Karteczki

Nie spodziewałam się, że tak niedługo po kartce z sową pojawi się nowa okazja, żeby zrobić coś nowego w tej dziedzinie! Ale tak się właśnie stało i jedną przesyłką poszły trzy takie kartki.

Robi się je przyjemnie, można wykorzystywać najprzeróżniejsze techniki i materiały – nawet te mniejsze kawałki, które zostają z pięknych papierów – a przy tym można się jeszcze zupełnie rozkręcić, jeśli chodzi o style i pomysły, no bo przecież o to chodzi, żeby były jak najbardziej indywidualne. Ubocznym efektem tej swobody jest wprawdzie fakt, że żadna z nich nie nadaje się do gotowej koperty, ale co się będziemy ograniczać – trzeba też zrobić specjalne koperty, a to też jest interesujące.

Jedna miała być z dinozaurem, więc namalowałam i wycięłam takowego, wkleiwszy go między krzewy pomalowane również i ozdobione błyszczącym tuszem. Brzegi kartki oraz koperty ozdobiłam taśmą washi, kupioną w miłej, lokalnej księgarence (naprawdę mam nadzieję, że jeszcze tam jest).

Druga miała być rybiasta, żeby pasowała do notesu wędkarskiego (tak, tego sprzed paru wpisów 🙂 ). No to nie dość, że ma rybiasty papier na wierzchu, to jeszcze zawiera rybę w środku!

Trzecia jest za to napisana w dwóch językach po to, żeby na pewno Wszyscy wiedzieli, jak bardzo dobrze radzi sobie z bałaganem Adresatka Kartki 🙂 Tu też poszła w ruch taśma washi – taka z literkami – oraz nożyczki z ozdobnym ostrzem, które wyrzucił z szuflady mój młodszy syn, kiedy tylko upewnił się, że nie będzie miał już więcej lekcji plastyki.

Notes otwarty na cały świat

Skutkiem wykonania „biurowej serii” było zapotrzebowanie na notes w tym samym formacie, ale nieco inny, bo też do inaczej uporządkowanej pracy przeznaczony. Skojarzenie? Cały, otwarty, wielki świat!

Miał mieć zakładki kolorowe, i przekładki, a poza tym – wyklejkę z mapą. Później wysunęła swój ciekawski łebek i kaligrafia – na przekładkach wylądowały podpisy 🙂

Jako że moje emocjonalno-kolorystyczne skojarzenie w sprawach międzynarodowych dalekie jest od chłodnych błękitów, bliskie zaś ciepłym barwom i serdecznym relacjom, wybrałam taki właśnie zestaw kolorów dla tego notesu: ciepłe, radosne i entuzjastyczne, czerwienie, pomarańcze, ciepłe brązy i jako akcent – ukochany żółty Keaykolour – Indian Yellow. Do tego, oczywiście, stosowne wstążeczki.

Zszycie notesu z przekładkami i kaligrafowanie na tych przekładkach to jedno, ale największe wyzwanie stanowiły mapy 🙂 Znalazłam stosowne mapy konturowe, trochę je obrobiłam i wydrukowałam, ale wymagało to zastosowania zupełnie innego systemu wyklejek, niż ten, który normalnie stosuję (przyznaję, najprostszy). To było coś! Bardzo się doedukowałam w sprawie wyklejek, ćwicząc kolejne metody ich wykonania (nieoceniony Darryn Schneider z DAS Bookbinding znowu był bardzo pomocny). Na koniec gotowe wyklejki ręcznie podmalowałam akwarelą.

Okładka natomiast była czystą przyjemnością – miała być wytrzymała, ale też i mieć na sobie jakąś ilustrację kuli ziemskiej. Pozwoliłam sobie poprzestać na globusie – złocisto-miedziany obrazek globusa bardzo mi pasował do ładnej i odpornej, jedwabistej okleiny skóropodobnej. Lekkości oprawie dodały wstawione blisko grzbietu wąziutkie paski pomarańczowego papieru, nawiązujące do tego, co w środku.

Ha! Brzmi to wszystko bardzo poważnie, ale prawdą jest, że powstał naprawdę ładny, solidny i mam nadzieję funkcjonalny notes biurkowy – grubiutki i optymistyczny.

Uśmiechnij się :)

Zdarza się czasami, no może się zdarzyć każdemu, że nie będzie zbyt zadowolony z życia, nawet załatwiając urzędowe sprawy. Ale jest różnica między załatwianiem urzędowych spraw z maszynami, a załatwianiem ich w życzliwym towarzystwie, które nawet próbuje rozproszyć jakoś mars na czołach petentów.

W tym celu zamówione zostały te oto tabliczki. Żeby były optymistyczne i wesołe.

Ucieszyło mnie to wyzwanie tym bardziej, że od jakiegoś czasu uczę się cierpliwie kaligrafii, ściśle zaś mówiąc – copperplate’a, czyli takiego ładnego pisma, które się przeważnie odruchowo kojarzy z kaligrafią :). Jeszcze zimą przyuważyłam, że jest dostępny kurs online, i jak na razie odbyłam kilkanaście fascynujących spotkań z panem Grzegorzem Barasińskim ze szkoły Kaligraf.

Bardzo przyjemna jest to nauka, i chociaż nie próbuję ani przez chwilę udawać, że osiągnęłam coś w tej dziedzinie wielkiego, to zdecydowanie dodaje to wszystko polotu choćby właśnie takim przedsięwzięciom, jak poniższe tabliczki.

Wycięłam owale osobiście tymi rękami piłą ze sklejki, wyrównałam, okleiłam, namalowałam obrazki, napisałam – akwarelą! – napisy, przewierciłam dziurki, przewlokłam wstążeczki i wszytko prezentuje się tak: