Do nowej pracy

Czasem nowa praca nie jest perspektywą tyleż ekscytującą, ile budzącą pewne wątpliwości, a może i niepokoje. No… często. Oczywiście, wiele jest sposobów, aby się na nowym stanowisku poczuć pewniej, ale moim ulubionym jest taki, żeby te wszystkie nowe rzeczy sobie notować w czymś naprawdę przyjemnym, najlepiej zaś – ręcznie zrobionym notesie.

Niektóre firmy dają nowym różne takie papiernicze, i nie przeczę, że jest to miły gest, ale jednak co ręcznie zrobione, to ręcznie zrobione, i na przykład w moim krótkim korpo-epizodzie wolałam sobie notować w zeszycikach własnego wyrobu, niż w dostarczonym mi kołonotatniku.

Ten notes ma służyć właśnie podobnemu celowi – żeby te wszystkie nowe rzeczy lądowały w czymś ładnym! Papier jest stary, kremowego koloru, wyklejka – błyszcząca i perłowa, a na zewnątrz mamy batikowy wzór na papierze Pepin, w seledynie i czerwieni. Stąd i zakładki są takie zielononiebieskie, i całość w zamierzeniu ma się kojarzyć spokojnie, miło i być jak krzepiące poklepanie po plecach 🙂 Jest spory – trochę mniejszy niż A4, ale nie bardzo ciężki.

A ponieważ ten stary papier miał na dwóch kartkach zaplamiony rożek i nie udało mi się go przyciąć, obcięłam rożki w kształt kocich łebków, ażeby w środku czekało coś żartobliwego.

Po dostarczeniu do właścicielki czekała mnie jeszcze jedna miła niespodzianka – otóż chwyciła ona za przybory i dodatkowo sobie ten notes spersonalizowała, kolorując motywy na okładce. Czy może być coś bardziej indywidualnego? Jestem zachwycona – kiedy moje notesy wchodzą w interakcję z właścicielami, kiedy się zmieniają i stają bardziej ich, to jest właśnie TO 🙂

Nieoczekiwane pożytki z zeszłorocznych kalendarzy

Dostałam pod choinkę piękne, piękne papiery – trochę ryżowych i dwa zeszyty papierów Pepin – chińskie i japońskie. Japońskie mnie zaskoczyły, chociaż wydawało mi się, że widziałam dość dużo japońskich wzorów! Te, które mam w moim nowym zeszycie, są śmiałe i wyraziste, i bardzo inne, i w związku z tym szalenie inspirujące.

Mąż mój wyrzucał również – jak to na koniec roku – stary firmowy kalendarz. Jego była firma nie oszczędzała na materiałach i kalendarz był obłożony w śliczną, skóropodobną okładzinę, czarną i mięciutką. Jak już pewnie wie, kto mnie odwiedza, jak widzę nadające się jeszcze do użytku materiały introligatorskie, rzucam się na nie, wybebeszam, sortuję i używam. Od razu mnie się ta czarna nibyskórka rzuciła w oczy.

Brzeg kalendarza miał kwadratowe dziurki – na spiralę. Już-już miałam je odcinać, kiedy nagle! Nagle! Zobaczyłam naraz jednym błyskiem ten brzeg z kwadratowymi dziurkami i jeden z japońskich papierów – taki w ryby i fale, ale czarno-biały i z delikatną siecią w tle. Aha! – pomyślałam błyskotliwie.

Miałam uszyty bloczek papieru, naprzemiennie białego i szarawego eko. Dodałam do tego wyklejki z papieru, który wpadł mi w oko i tego samego papieru postanowiłam użyć na okładkę, ale tak, żeby kwadratowe wycięcia na brzegu pokazywały też ten papier. Normalnie bym oczywiście zlicowała dwa materiały różnej grubości, żeby na okładce były na jednym poziomie, ale nie tym razem! Papier wygląda spod krawędzi, ona się odcina wyraziście, i to jest TO.

Proszę tylko popatrzeć (mnie się strasznie podoba):

Nieznacznie obciąż uszko książką

Zmodyfikowałam nieco miniaturowe książeczki przeznaczone na kolczyki. Żeby zredukować wagę, zrezygnowałam z szycia – klejona nić jednak trochę waży – i dobrałam materiały tak, żeby było lżej, i w ogóle zrobiłam notesiki-kolczyki odrobinę cieńsze.

Wydaje mi się, że nie ma co robić ich mniejszych. 2,2-2,4 cm to jest chyba dobra wielkość, bo na mniejszych już niewidoczne byłyby detale. Zdobienie też trzeba stosować z umiarem.

Ogólny efekt jest całkiem fajny i myślę, że to są dobre tropy. Dalsze eksperymenty z całą pewnością nastąpią, a na razie niechże pokażę najnowsze cztery pary (dostępne na Decobazaar).

Dwie maluteńkie, ale wciąż jeszcze nie najmniejsze

Co tu dużo mówić. Miniaturki się fantastycznie robi. Mają przyjemnie różnorodne zastosowania – zawieszki, naszyjniki, breloki, ozdoby choinkowe, kolczyki, wreszcie – wyjątkowo dyskretne notatniczki 🙂 Poza tym cieszy się moje oszczędne i lubiące recykling serce, gdy mogę wykorzystać resztki papierów, ścinki kartonów i ostatki płócien.

Te dwie książeczki są zdecydowanie weselsze 🙂

W równiutkie kwiatki

Jest to jeden z papierów, o których kiedyś już wspominałam – tych, które mi leżą i leżą, bo są za ładne, żeby je wykorzystać do czegoś tak trywialnego jak fizyczne obiekty użytkowe 🙂 No, oczywiście do czasu, bo w końcu na każdy piękny papier przyjdzie jego pora.

Ten mi się wyraźnie prosił o coś schludnego, jasnego i sympatycznego – żadnych dramatów ani końców świata, tego mamy jakby obecnie aż nadto dookoła i człowiek próbuje przynajmniej we własnym warsztacie stworzyć coś optymistycznego. Wybrałam więc jasną okładzinę na grzbiet (śliczna faktura grubej tkaniny) i ten wesoły papier w kwiatki. Dodałam do tego czerwone kapitałki i zakładkę, żeby nawiązać do czerwonych elementów wzoru. I wobec tego już nie cudowałam z wyklejką – wybrałam na nią szary, gruby i piękny papier, który mi służy już od dawna do tylu rzeczy.

Na styku papieru i okleiny na okładce dodałam trochę bieli – tuszem – albowiem odczułam natchnienie, że jeśli się to rozjaśni jeszcze bardziej, to efekt będzie jeszcze bardziej świeży i miły. I słusznie – uważam, że wyszło właśnie tak.

Z kieszonką

Udał mi się ten papier pięknie. Jeden z arkuszy, właściwie arkusików papieru klajstrowego z ostatniej akcji, jest w burzliwe kwiaty, a ponieważ użyłam też złotej farby, wszystko delikatnie połyskuje. Bez przesady z tym połyskiem, ale jest taki metaliczny poblask. No piękny jest, co ja się będę niepotrzebnie certować.

Zaraz też pomyślałam, że muszę z niego zrobić coś fajnego i wykorzystać papier jak tylko się da. Żeby to osiągnąć, zdecydowałam, że w nowym notesie dam wzorzysty papier tylko na przód, ale za to zostawię luz w okładce i w to miejsce wkleję taką trochę głębszą kieszonkę i ozdobię ją tymże papierem klajstrowym.

Blok uszyłam z trochę sztywniejszych kartek w brzoskwiniowym kolorze, a ponieważ już tych kolorów zrobiło się dużo, wyklejkę wykonałam z szarego, zresztą bardzo pięknego, papieru teoretycznie okładkowego 🙂

Niedawno mama kazała mi nie nudzić tymi notesami i robić w nich coś ciekawego – mam nadzieję, że kieszonka to dobry kierunek 🙂 Ale postaram się włączać do prac coraz więcej atrakcji i nowości.

A tak wygląda notes, i czy nie piękne są te kwiaty, notabene malowane paluchami i łyżeczką do lodów? 🙂

Mały żółty

Kolejny z notesów z wykorzystaniem recyklingowanego płótna introligatorskiego. Bardzo mi się ten oliwkowy kolor podoba, jest prawie złoty w określonym świetle, i przetarta faktura jest też szalenie dekoracyjna.

A do tego papier. Dostałam go już dawno od Właścicielki jednego z notesów, wraz z kilkoma innymi pięknymi arkuszami i arkusikami z azjatyckimi wzorami, i tak on leżał, bo co chwila na niego zerkałam a potem mi żal było.

Ale ostatnio się zrobiłam odrobinę bardziej bezwzględna i przyszedł też kres zerkaniu, a papier został wykorzystany do tego oto notesu:

Drapanie papieru

To nie mój kot, to ja!

Zrobiłam sobie porcję papieru klajstrowego w trzech kolorach – takich, jakich mi w repertuarze najbardziej brakuje, żółtym, różowym i fioletowym. Zapoznałam się z rozmaitymi instrukcjami, w tym ze znakomitego kanału DAS Bookbinding, przygotowałam starannie stanowisko pracy (suszenie – w ogródku, bo dzień był piękny) i zabrałam się do dzieła.

Jaka to jest sympatyczna technika! Prosta jak parasol, a efekty są czarujące. Tym bardziej, że można dosłownie chwycić za cokolwiek, co pod ręką – plastikowy widelec, patyczek do lodów, zmiętą torebkę po chlebie, korek – i ciaprać, ciaprać!

Procedura jest prosta: przygotowujemy klajster (jeszcze muszę poeksperymentować z różnymi skrobiami), mieszamy z nim farbę – ja użyłam akrylowej, zwilżamy papier, malujemy farbowo-klajstrowym glutem, a następnie drapiemy, gładzimy i ogólnie się wyżywamy. Jak nie wyjdzie, można (póki nie wyschnie) szybko wygładzić i zrobić na nowo. Ale trzeba naprawdę się postarać, żeby nie wyszło. Oczywiście, to tak w skrócie, ale naprawdę nie ma tego dużo więcej. A papiery są naprawdę śliczne! Mnie najbardziej podobają się chyba te w prążki, wykonane tajemniczymi szczypcami, do których nikt się nie przyznaje, ale które zostawiła u nas chyba jednak firma cateringowa kilka lat temu, po komunii Kuby, na którą zamawialiśmy do domu obiad. Szczypce są ząbkowane i wzór robił się przepiękny. Ale wklejam zdjęcia, żeby można było ocenić samemu.