W skali szarości

Notesik w skali szarości! Kartki w środku ma biało-szaro-czarne, a ponieważ próbuję innego szycia kapitałek, to i tutaj sobie wyszyłam, białą z cieniowanym szarym. Okładka ma czarny grzbiet, do tego – okleina ze wzorem kamyczków. Co i rusz myślę, jak tu ją zastosować, bo ona jest bardzo miła w dotyku.

Czegoś mi jeszcze jednak brakowało, więc rozejrzałam się krytycznie po warsztacie i wszystko było czegoś zanadto kolorowe, więc w końcu chwyciłam za prosty, bawełniany sznureczek w kolorze białym i przykleiłam go na styku płótna i okleiny.

Zrobiło się to takie wyraziste, że już nie cudowałam z wyklejkami (jak nie ja) i zrobiłam je po prostu z czarnego papieru, ale wyszło naprawdę przyjemnie i spokojnie. Notes fajnie leży w ręku i zapowiada się na wiernego towarzysza.

Trzy lalki

To są trzy notesy, które właśnie wczoraj dopłynęły, dofrunęły, dojechały na miejsce przeznaczenia, czyli aż do samych Stanów. Strasznie długo ta podróż trwała i Ann, dla której notesy były przeznaczone, wymieniała ze mną maile pełne obaw.

A notesy są specjalne, co do detalu.

Szmaciane lalki zna chyba cały świat i choć pewnie wszędzie troszkę się różnią, jest w nich coś nieomylnie uniwersalnego. Może chodzi o to, że to takie lalki, które często robi się dla bliskich? Tak na pewno było w przypadku Ann. Jej Mama szyła szmaciane lalki między innymi dla niej i dla jej sióstr, i Ann chciała mieć notesy, które by do tych lalek nawiązywały. Miał tam być także wierszyk, co samo w sobie stanowiło wyzwanie, bo jak tu go dać na okładkę z motywami szycia, z tasiemkami (specjalnie wybrane przez Ann, faliste)… Słowem, wyzwanie.

Ale mi się udało. Lalkę, według zdjęcia, narysowałam i każdy notes ma okienko z jej ręcznie pokolorowaną podobizną. Wierszyka nie haftowałam – uff – tylko namalowałam tak, jakby literki złożone były ze ściegów, na ręcznie barwionym płótnie. Tasiemki przykleiłam i tu i ówdzie przyszyłam dla bezpieczności, chociaż pewnie niepotrzebnie. A motywy lalki – i szpulek nici, i igiełek, i agrafek, i kokardek – wylądowały na wyklejce. Najpierw je narysowałam i zeskanowałam, potem w GIMPie stworzyłam cały wzór, a wreszcie wydrukowane pomalowałam akwarelami, tak, że każdy notes ma wyklejki wyjątkowe.

Nie da się wyrazić słowami, jak barrrrrdzo się martwiłam, czy dość dobrze je potem spakowałam, czy poczty – polska i amerykańska – nie dadzą popalić, czy COVID nie pokrzyżuje planów, czy nie dotrą do Ann wypatroszone przez dzikie władze celne i spleśniałe od morskiej wody… Ale wszystko to już za nami i oto właśnie, nareszcie, lalki będą już mogły swoim właścicielkom przypominać prezenty od Mamy.

Pod gałęzią

Notes jest niewielki, ale grubiutki – 176 kartek, jeśli dobrze policzyłam, białych, czarnych i popielatych z papieru eko. Wyklejkę ma bardzo przyjemną, w drobne listki, które sama tymi rękami narysowałam wypróbowując nieznany wcześniej program graficzny, który mnie ostatnio wielce raduje, mianowicie Kritę.

A okładka jest z czarnego, pięknego płótna, czarrrrrrrrnego jak kruk w luksusowym wydaniu wierszy Poego. A na okładce jest gałąź narysowana i namalowana, biała, akrylem i tuszem.

Bardzo lubię rysować wszelkie drzewne rzeczy, a gałązki to już zwłaszcza, i aż dziw, że co drugi z moich notesów nie ma wszędzie gałęzi. No cóż – zostało to po części niniejszym poprawione 🙂

Okładka ma gąbeczkową warstwę na tekturze i miło się ugina pod palcami – a to akurat odzyskane z okładki zeszłorocznego, mężowskiego kalendarza z pracy.

Wszystko to z czarną zakładką i już mamy naprawdę wyjątkowo ładną całość.

Rosnąca potrzeba zielonego

Co tu dużo mówić, zima. Niektórzy źle znoszą listopad i grudzień, ale w listopadzie i grudniu to ja jeszcze mam trochę pary z jesieni. Za to od początku lutego, praktycznie od moich urodzin, zaczynam przebierać nogami i parskać w blokach startowych, żeby już nadeszła ta wiosna! Albo przynajmniej przedwiośnie…

A to płótno, proszę Państwa, jest zieloniutkie jak kwiecień. A do niego – papier Pepin, biały w czerwone kwiaty. A żeby nie było nudno, to na przedzie okładki wycięty z tegoż papieru ornament, wykończony listewką oklejoną tym samym płótnem, co i reszta.

Zaczęłam też z lubością oklejać różnymi adekwatnymi okleinami/papierami końcówki zakładek. Podpatrzyłam ten zabieg u Starszych i Mądrzejszych i bardzo mi się spodobał. Tu zakładkę zdobi także wyklejkowo-okładkowy papier Pepin.

Czerwone kwiaty i dużo malowania

Zapotrzebowanie było jasne. Należało działać szybko, więc zamiast drukowania templatek i ich szycia albo tym podobnych trzeba upolować normalny kalendarz, wyciąć go z okładki, doszyć większą ilość kartek gładkich, a następnie całość dla niepoznaki oprawić na nowo.

Tak zrobiłam. Okazyjnie nabyłam kalendarzyk, wyprułam z niego wnętrze, śliczną okładeczkę odkładając sobie na później. Doszyłam kilka składek białego papieru i wszystko przycięłam do jednego formatu. Ponieważ część kalendarzowa miała różne paski i inne takie z boku bloku, a część biała nie i wyglądało to niespecjalnie ładnie, pomalowałam krawędzie (na zdjęciu wygląda, jakby te paski były nadal widoczne, ale są tylko przy rozłożonych kartkach 🙂 ). A jak tak już malowałam krawędzie, to pomyślałam sobie, że oprawię też w malowane płótno. Akurat miałam kilka arkuszy ręcznie zagruntowanego płótna w sympatycznym brzoskwiniowym kolorze. Aha! Na coś takiego nie można pastelowymi kolorkami, to znaczy można, ale dlaczego, skoro da się też zrobić płomieniste kwiaty?

I takie to płomieniste kwiaty na tym płótnie namalowałam moimi wiernymi akwarelami.

Do tego jeszcze grzbiet z fałszywego zamszu bardzo ładnego, i wyraziste elementy wykończenia – i zrobił się notes z charakterem. I z kalendarzem. Tak to się prezentuje:

Optymizm jest trudniejszy

Muszę powiedzieć, że kiedyś nie doceniałam optymizmu i wydawał mi się on cokolwiek niewyrafinowany (młody był człowiek i mroczny). Dopiero z wiekiem dotarło do mnie, ile optymizm wymaga od człowieka charakteru i wysiłku. Czasami wysiłek wydaje się wręcz kolosalny. I wtedy pomaga, kiedy człowiek otoczy się jasnymi kolorami, harmonią, pogodną atmosferą, a jeśli naprawdę wie, co dla niego dobre, to też i kotami.

Jasne kolory, optymizm i koty to myśli przewodnie tego tu oto notesu. Jest nieduży, bo do torebki, ale myślę, że emanuje całkiem dużą dawką optymizmu.

Po pierwsze, koty. Jest tu wyklejka, którą już raz wykorzystałam na pomarańczowym papierze – tu mamy ją w wersji kolorowej na białym i też wygląda bardzo fajnie. Koty są również na okładce – wyzłocone, skłębione i wesołe.

Po drugie, kolory! Ciepły żółty, niebieski (klajstrowy papier w listki) i różowy (pasek mojego ręcznie malowanego płótna) razem tworzą całkiem wesołe zestawienie.

Po trzecie, przy robieniu notesów na optymizm mnie samej jest od razu bardziej optymistycznie i następuje sprzężenie zwrotne – dobry nastrój włazi między kartki, skąd mruga na mnie, a ja na niego, on się mnoży – te klimaty. Mam wielką, wielką nadzieję, że to się czuje.

Nieznacznie obciąż uszko książką

Zmodyfikowałam nieco miniaturowe książeczki przeznaczone na kolczyki. Żeby zredukować wagę, zrezygnowałam z szycia – klejona nić jednak trochę waży – i dobrałam materiały tak, żeby było lżej, i w ogóle zrobiłam notesiki-kolczyki odrobinę cieńsze.

Wydaje mi się, że nie ma co robić ich mniejszych. 2,2-2,4 cm to jest chyba dobra wielkość, bo na mniejszych już niewidoczne byłyby detale. Zdobienie też trzeba stosować z umiarem.

Ogólny efekt jest całkiem fajny i myślę, że to są dobre tropy. Dalsze eksperymenty z całą pewnością nastąpią, a na razie niechże pokażę najnowsze cztery pary (dostępne na Decobazaar).

Czarny, fandomowy

Notesik ten bez wątpienia jest Mrhoczny.

Kartki ma czarne. Okładkę też czarną (plus złota zakładka i kapitałki). Okładka na dodatek jest z płótna z odzysku, a więc trochę wytartego i to wygląda jeszcze bardziej Mrhocznie. Na okładce jest czacha. Od dawna chciałam na tym notesie wyzłocić czachę, ale leżał tak samotny i opuszczony, aż została mi z innego projektu (o którym wkrótce) folia z wyrysowanymi czachami i aż się prosiło, żeby jedną z nich wykorzystać właśnie do tego notesiku.

Wyklejka jest w pawie pióra, i nie jest to przypadek, albowiem nawiązuje do postaci nekromanty z jednej z moich ukochanych gier – Dragon Age Inkwizycja. Nekromanta jest czarujący, a na mój notesik zapewne spojrzałby raczej z rozbawieniem – podejrzewam, że to ten typ, co do pisania używałby najdelikatniejszego welinu, chlapiąc po nim winem.

Niemniej jednak, notesik jest Mrhoczny i całkiem przyjemny. Potraktowałam go bardziej jako pewną zabawę niż serio notes, ale wcale nie wygląda źle. O taki jest:

Mniejszych już chyba nie zszyję :)

Nie ma co pisać. Nie ma co mówić. Te dwie mają 1,5 cm długości.

Granatowa była pierwsza i to niestety widać – źle odmierzyłam okładkę i trochę za bardzo wystaje.

Albo może i nie widać?

Ale czerwona jest bardzo w porządku. A z czego jestem chyba najbardziej zadowolona, to z tego, że mój patent na uszko zaginane wzdłuż grzbietu sprawdza się i w tych malusieńkich bardzo dobrze.

Tak to wygląda:

Dwie maluteńkie, ale wciąż jeszcze nie najmniejsze

Co tu dużo mówić. Miniaturki się fantastycznie robi. Mają przyjemnie różnorodne zastosowania – zawieszki, naszyjniki, breloki, ozdoby choinkowe, kolczyki, wreszcie – wyjątkowo dyskretne notatniczki 🙂 Poza tym cieszy się moje oszczędne i lubiące recykling serce, gdy mogę wykorzystać resztki papierów, ścinki kartonów i ostatki płócien.

Te dwie książeczki są zdecydowanie weselsze 🙂