Włamyhobbit opanowany

Nie będę nigdy więcej miękki, mam swoje szczęki! – Podśpiewywałam sobie tę piosenkę, fotografując moje jak dotąd największe osiągnięcie w dziedzinie pudełkowości, albowiem jest to pudełko szczękowe, ze szczelnie zamkniętym grzbietem.

Pewnego razu odwiedzałam rodzinę i od słowa do słowa pokazano mi książkę, którą należałoby ładnie oprawić – szkopuł w tym, że była to książka w klejonej oprawie broszurowej.

Ale jaka książka!

Pierwsze polskie wydanie „Hobbita” mianowicie, z ilustracjami Jana Młodożeńca – prawdziwy skarb dla takiej jak ja fanki.

Wydrukowany na typowym papierze z tamtego czasu – zżółkłym i kwaśnym, niestety – będzie pewnie wymagać jakiejś bardziej zaawansowanej konserwacji, gdyby sobie tego właściciele życzyli, od odkwaszania począwszy. Klejony. W papierowej, zwykłej oprawce. W dobrym stanie, więc nie było powodu, żeby podejmować jakieś drastyczne kroki już teraz. Co za dylemat! Mogłabym, oczywiście, zrobić udawaną oprawę twardą – mogłabym, czemu nie. Ale w ten sposób może naraziłabym dobrze się wciąż trzymającą książkę na obciążenia, których mogłaby nie wytrzymać, a tego bym sobie nigdy nie darowała. Każda inna książka, ale nie ta. No bo Tolkien! Hobbit! Pierwsze wydanieeeeee!

I tak mijał czas, a ja wciąż patrzyłam na tę książkę jak na wyrzut sumienia i nie mogłam się zdecydować, co z nią zrobić. Wreszcie – a nie powiem ile minęło tego czasu, tylko tyle, że mam bardzo cierpliwą i życzliwą rodzinę – postanowiłam podejść do sprawy jak uczciwy bibliotekarz, a nigdy nie przestanę być duchem po części bibliotekarzem, i zanim zapadną ewentualne dalsze decyzje ochronić książkę. Oraz, patrząc od wewnątrz fabuły, schować ją bezpiecznie przed szkodliwymi wpływami smoków, goblinów oraz ewentualnych Włamyhobbitów 🙂 A najlepiej to zrobić przy pomocy dopasowanego, solidnego pudełka.

Więc je zrobiłam.

Korzystając z podpowiedzi niezawodnego DAS Bookbinding, który nawet prostym projektom potrafi dodać szwungu przez swoje drobne wskazówki i sztuczki, zrobiłam pudełko z dopasowanym grzbietem, granatowo-złote, a na wierzchu nakleiłam płócienny panelik z wyzłoconym słynnym inicjałem Tolkiena.

Jestem absolutnie przeszczęśliwa, kiedy tylko spojrzę na zdjęcia tego pudełka. Hobbit! Pierwsze! Młodożeniec! I ja!

Detalem, detalem!

Skończyłam oprawiać ten notes i wciąż czegoś było brak.

Hmm.

Bloczek – jest, przyzwoity. Wyklejka jest, i to motylkowa. Zakładka jest. Okleiny na okładce pasują… no to o co chodzi?

Całe szczęście w rozterce wspomógł mnie przypadek. Tuż obok notesu leżały obcięte paseczki okleiny pozostałe po oprawianiu i mnie olśniło – w chwilę później przyklejałam już te paseczki na płótnie oklejającym grzbiet. I to było to! Teraz to wygląda jak sensowna i spójna całość, a nie przypadkowe zestawienie wszystkiego ze wszystkim, a to wyłączna zasługa cieniutkich paseczków okleiny, od których zaraz notesik kliknął, zagrał i prezentuje się tak:

Pudełko z przypadku

Strasznie lubię pudełka, od dzieciństwa zresztą, i od dawna uważam, że robię ich zbyt mało. A to bardzo wdzięczny temat jest. Dlatego się cieszę, że ostatnio jakby ich więcej, i pora je trochę też zaprezentować.

W trakcie pracy nad jednym takim bardzo poważnym pudełkiem (będzie o nim osobny wpis) źle sobie wymierzyłam rozmiar i jeden segment zrobił mi się o dosłownie milimetr za ciasny. Nie wpadajmy jednak w rozpacz, rzekłam sobie. Dorobiłam mu ściankę, dorobiłam wieczko i zrobiło się nieduże, lecz bardzo sympatyczne pudełko. Pasuje do notesu, pasuje i do różnych drobiazgów, a jest caluteńkie złote, obłożone w tapety i okładziny od Cioci (mówiłam już, że mam niesłychane szczęście z Ciociami?) oraz używany już przeze mnie piękny papier Indian Yellow.

Przydał się tutaj także jeden z moich wiernych pomocników w warsztacie – kostka marmuru, pozostała po poprzednich właścicielach domu z instalacji kominka (niestety, kominek mamy częściowo w marmurze). Kostka marmuru jest absolutnym hitem – obciążnik, podstawka pod rozgrzaną kolbę czy pistolet klejowy, kąt w trzech wymiarach, oparcie – wspaniała sprawa, kostka marmuru, a brzmi lepiej niż cegła, która mogłaby spełniać dokładnie te same funkcje 🙂

W każdym razie powstało pudełko, które od razu zdobyło sobie moją sympatię i które wydam między ludzi dopiero jak mi się znudzi patrzenie na te złotości, co może nie nastąpić zbyt szybko.

Całkowita zmiana

Zrobiłam kiedyś notes w kratkę. Na moje ówczesne możliwości wcale nie był zły, ale teraz mnie drażnił przeokropnie, jak tylko widziałam jego grubaśne wykończenie grzbietu i inne tam toporne szczegóły.

O, to ten był.

Wczoraj straciłam więc do niego całkowicie cierpliwość i, bardzo katartycznie, podarłam go na kawałki.

Oczywiście takie, które następnie mogłabym na nowo wykorzystać.

Miał bardzo ładny bloczek, ale przycięłam go po parę milimetrów z każdej strony, bo umiem teraz ładniej. Miał całkiem okej tekturki i inne flaki. Wyklejki wycięłam, płótno zdarłam, złapałam za inne stare płótno zdarte z innej oprawy i dwa kawałki pięknego papieru, wyklejkę tym razem zrobiłam ze sztywnego papieru koloru toffi…

Potem parę godzin w prasie…

A potem chwyciłam się jeszcze za kolbę i ozdobiłam oprawę cieniutkimi, złotymi kreseczkami.

Czy w nowej szacie nie jest o wiele ładniejszy?… Czy się nie nauczyłam niemało, a poza tym, czy nie widać po nim, że mam już z powrotem całkiem sprawne ręce? Jak dla mnie, same powody do zadowolenia.

Próby złote, różne

A ten notes to wyszedł z trzech różnych eksperymentów! Pierwszym eksperymentem był papier, którego użyłam do zszycia bloku – są to naprzemiennie składane kartki białe i kolorowe (no, białe i czarne albo białe i szare), w sześciu składkach z różnymi układami.

Drugim eksperymentem było to, że postanowiłam wreszcie uczciwie się zabrać za to kolorowanie brzegów. Omijając ułatwienia, zawzięłam się i obejrzałam trochę wiarygodnych materiałów na temat barwienia krawędzi kartek na różne sposoby (cicho sza, ale zamarzyły mi się od tego także takie marmurkowe!…). Pomijając na razie pokrywanie płatkami metali, czyli to, jak się to powinno naprawdę robić, znalazłam najlepszy instruktaż i po kilku wstępnych podejściach zrobiłam delikatną, złotawą warstewkę na prążkowanym (z powodu tych kolorowych kartek) bloku notesu. Uważam, że wyszło naprawdę ładnie, nic się nie rozlało, nic nie upaprało i jestem straszliwie dumna.

Trzeci eksperyment, też złoty, polegał na ozdabianiu złotymi (różnymi) farbami i tuszami papieru w kolorze ciemnoszarym, a ponieważ bardzo mi się spodobało, jak to wyszło (tu w wersji z akrylami nakładanymi opuszkami palców), użyłam tego papieru do wyklejek ORAZ do okładki.

Notes jest niewielki, ale po pierwsze cały lśni, a po drugie – jest jednym wielkim zapisem drobnych, lecz przyjemnych sukcesów w nauce. Czy to nie jest miłe? (Furria jest chyba zdania, że raczej irytujące z mojej strony 🙂 )

Mały, ale bogaty

Notesik jest malutki – jakieś 10 cm n a 10 cm na oko. Ma zwykłe, białe kartki, ale właściwie wszystko pozostałe już nie jest ani białe, ani zwykłe. Wyklejka była początkiem całej reszty – ma taki bogaty wzór o ciekawym zestawieniu kolorów – między innymi ciemnej zieleni i złota (no i bordowo-brązowego, ale uwagę moją przykuło jednak głównie to pierwsze zestawienie). No więc pozłociłam do pary krawędzie kartek, dodałam złotą kapitałkę i zakładkę, a do obłożenia wybrałam przepiękną okładzinę o płóciennym wzorze, również zielono-złotą.

Myślałam, czy nie dodać jeszcze jakiejś ozdoby na okładce, ale co się przymierzałam do tego, to mnie coś powstrzymywało. On jest taki elegancki – malutki, ale efektowny – i chyba nic mu więcej nie potrzeba.

To ten drugi notes, co farba się rozlała i, no, chwyciłam za pędzelek.

Pisałam wczoraj o rozlanej farbie z markera – no więc to jest ten drugi, który malowałam ową farbą. Nie jest to jednak rzecz aż tak prosta, ponieważ tak naprawdę odcienie złota są tu trzy! Najpierw oczywiście ten rozlany – najbardziej zbliżony do mosiężnego koloru. Potem jasnozłota farbka, a na koniec – jeszcze jeden marker, w kolorze różowego złota.

Nie było czasu się zastanawiać, więc zrobiłam to, co mi wychodzi najszybciej i najbardziej naturalnie – narysowałam Jakiś Motyw Ozdobny. Ale żeby to nie brzmiało jak robota na łapu-capu, to należy wziąć pod uwagę, że: malowanie odbyło się na starannie zrobionym notesie oprawionym w sztuczny niebieski zamsz (ostatni kawałek) z ręcznie malowaną szaro-złotą wyklejką mojego osobistego autorstwa (nie żaden wypadek), że dodatkowe odcienie złota i cały motyw zostały starannie odrobione, i wreszcie – że notes wygląda bardzo przyzwoicie.

Podążaj za gwiazdą

Notesy z czarnymi kartkami zawsze obserwuję bardzo pilnie, ponieważ wybierają je sobie różne typy oryginałów – a to poeci, a to Mistrzowie Gry – i miło sobie wyobrażać, co – i czym – będą w nich pisali. Albo rysowali. A że oryginałom, jak nikomu, potrzebna jest jakaś mapa niewyrażonych sfer, to ten notes zrobiłam właśnie taki.

Ma, jako się rzekło, czarne kartki, a wyklejkę z arabeską, która kojarzy mi się z labiryntami i zawiłymi myślami. Oprawa obłożona jest ciemnozielonym papierem i pomalowana złotą farbą, cienkimi pędzelkami.

Niestety, trochę sama sobie pewnie przekłuję balonik, wyznając, że wyszło jak wyszło, ponieważ planowałam rysunek wykonać olejowym markerem, ale marker się tak trochę popsuł, i chciałam go przepchnąć szpilorkiem, i farba mi się wylała na talerzyk, i musiałam ją potraktować pędzelkami i pomalować jeszcze jeden notes, o czym jutro 🙂

Niemniej jednak, notes prezentuje się, moim zdaniem, elegancko.

Zawsze się smok przyda

Co tu dużo mówić, smok to motyw zdobniczy popularny, sympatyczny i w ogóle. Mieć smoka na notesie to trochę tak, jakby mieć go po swojej stronie, a nikt mi nie powie, że w naszych ciężkich czasach nie przyda się jakieś wsparcie.

Ten notes ma być nie tylko smokiem, ale wszystkim użyteczny 🙂 Ma twardą oprawę, malowaną właśnie w motyw smoka na przepięknym płótnie introligatorskim – uwielbiam je, ma taką fakturę gładziutką i elegancką. W środku jest wyklejka, moim zdaniem bardzo przyzwoicie pasująca do smoczego motywu, oraz kilka rodzajów kartek.

Bardzo lubię te notesy ze smokami, bo dając komuś notes ze smokiem tak jakbym posyłała takiego stwora na odsiecz. Dobrze wygląda?

Portret pawia

Od początku wiedziałam, że z tej tapety będzie piękna okładka. Jest urocza – w złote, nieregularne prążki na morsko-niebieskim tle. Dlatego oprawiłam w nią ładny, zgrabny notesik z morskiego koloru zakładką i wyklejkami w pawie pióra i zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Jakaś rameczka wydawała się na miejscu, więc czemu nie ta metalowa, silniczkowa. Okej. A co do rameczki? Wyklejka sugerowała coś pawiego, po prostu, kolorystyka także, i tu nastąpiły schody! Paw to nie jest mianowicie stworzenie łatwe w ujęciu miniaturowym.

Matko jedyna, ile ja się namalowałam pawi tego wieczoru! Paw z boku. Paw w rzucie. Pawie pióra (nnnooo nieźle ale nie chodziło przecież o to, żeby powtórzyć wyklejkę, jakbym chciała powtórzyć wyklejkę, to bym wkleiła po prostu kawałek papieru użytego do wyklejki). Paw w oddali. Sugestia pawia. Paw kubistyczny. Niech go szlag. Brak pawia wychodził mi najlepiej.

W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że jak nie chce mi się, obrzydliwiec, dać sportretować w całości, to zrobię mu klasyczną, romantyczną miniaturę gęby.

Okazało się, że pawie dysponują bardzo fajnym, lekko cynicznym spojrzeniem, które w dodatku od pierwszego machnięcia udało mi się oddać z dużym podobieństwem (no, w każdym razie do tego konkretnego egzemplarza pawia). Potem drania pomalowałam, ornitologicznie adekwatnie, i dodałam złote i srebrne tła, bliki i detale. I z tego wszystkiego zrobił się w sumie koncept dość surrealistyczny – ten paw tak łypie ironicznie jak zbuntowany przeciw wujowi młodociany wicehrabia – i notes, moim zdaniem, jak nic nadaje się do notatek pozbawionych złudzenia co do Stanu Wszechrzeczy.