Mniejszych już chyba nie zszyję :)

Nie ma co pisać. Nie ma co mówić. Te dwie mają 1,5 cm długości.

Granatowa była pierwsza i to niestety widać – źle odmierzyłam okładkę i trochę za bardzo wystaje.

Albo może i nie widać?

Ale czerwona jest bardzo w porządku. A z czego jestem chyba najbardziej zadowolona, to z tego, że mój patent na uszko zaginane wzdłuż grzbietu sprawdza się i w tych malusieńkich bardzo dobrze.

Tak to wygląda:

Mały, ale nie aż tak znowu mały notes

Ten notes należy do straszliwego ciągu Malutkich Notesików Zagłady, ale jest to rzecz odrobinę większa – powiedzmy, troszkę większy od pudełka od zapałek, zamiast żeby był jak mniej niż pół pudełka od zapałek. Dlatego miałam nieco więcej swobody i łatwiej było wykonać różne detale.

Uszyty jest z szerokich ścinków ładnego, beżowego papieru, a oprawiłam go w okleinę skóropodobną (grzbiet) i płótno introligatorskie, które znają dobrze bywalcy tej strony – jedwabiste i granatowe.

Znalazłam również odpowiednie ścinki ozdobnego papieru w złoty wzór, które posłużyły jako wyklejki, do tego złota zakładka, złote kreseczki, wesoła kapitałka. No i wreszcie zamontowałam kółeczko, albowiem pasuje mi myśl, że ktoś mógłby tę książeczkę przymocować do torby lub plecaka, i korzystać z niej lub nie, coś wpisać, albo tylko sobie na nią patrzeć i wymyślać, co też w wolniejszej chwili napisze na większym formacie 🙂

Totalna niedoróbka

Ten notes jest klasycznym przykładem tego, że czasami – czasami po prostu nic nie wychodzi. To znaczy, bloczek jest ładny, kartki równiutkie, zakładka, kapitałki, wszystko okej i właściwie miał on wszystkie dane, żeby być naprawdę ładny. No ale.

Po pierwsze, chciałam spróbować złocenia w trochę inny sposób. Po drugie, złociłam na okładzinie winylowej, odzyskanej z firmowego kalendarza męża, aksamitnie gładziutkiej i jak najbardziej fajnej, ale jednak to plastik. Po trzecie, przycinając okładzinę wcięłam się nieco za głęboko i narożnik ma brzydką rysę. Po czwarte, na wyklejce rozlazł mi się wzór, który akurat nie powinien pod żadnym pozorem być krzywy. I co jeszcze, do licha, i co jeszcze?

Popatrzyłam na złoty napis, który z jednej strony mi się rozlał, a z drugiej przypalił i stwierdziłam, że teraz to już nie muszę się przejmować niczym. Chwyciłam garść ścinków folii do złocenia. Najpierw odrysowałam na największym koło, a potem już jak leci wszystkie łapałam i złociłam – litery, figlaski, spirale, pętle, kółka, linie, krzyżyki, jedne na drugich.

Ostateczny efekt jest na pewno ciekawy, ale zamieszczam go tu tylko po to, żeby można było zobaczyć totalną katastrofę. Zawszeć to coś pouczającego, a na pewno edukacyjnie wartościowego dla mnie samej.

Ryba z wąsami

Jeszcze jeden ze złoconych notesów. Chyba muszę zrobić parę zdobionych inaczej, żeby mi – ale przede wszystkim Czytelnikom – nie zaczęło się ziewać… Ale na razie jeszcze ten jeden.

Oprawiony znowuż w to ciemnoniebieskie płótno i wyzłocony w rybeczkę, notes poniekąd towarzyszy pasji mojego starszego syna do klimatów japońskich. Bardzo mi się podobają wąsate smoki i wąsate karpie w deseniach japońskich i stwierdziłam, że też chcę karpia.

Oczywiście zawsze człowieka ukarze entuzjazm, bo potem musiałam robić te wszystkie łuski i zawijaski, ale za to wyszło ładnie. Wyklejka jest z pięknej, prążkowanej papierowej tapety, papier jest sztywny i kremowy, a wszystko dodatkowo z metalowymi narożnikami.

Wróbel

Gdzieś pomiędzy „wróbelek jest mała ptaszyna” a „dzień wróbli i jasności” fruwają sobie te ptaki, które za mojego dzieciństwa były pospolite jak błoto. Teraz jest ich przerażająco mniej (niestety, jednego przyniósł nawet w paszczy nasz kot). Ale po kilku latach, kiedy nie widziałam ich niemal w ogóle, ostatnio zaczynam rozpoznawać przynajmniej dwie okoliczne bandy! Latają całą hałaśliwą gromadką, kłócąc się i szalejąc między krzakami.

I na notesach też je lubię. Ten notes jest przyjemny, granatowy w płótnie – robię w tych płótnach ile się da, bo to sama przyjemność. Format ma troszkę mniejszy niż A5, poręczny i zgrabny, i jest z białego papieru ze śliczną wyklejką – jedna z moich ulubionych. Wróbelek jest wyzłocony. Ostatnio najczęściej złocę – po prostu dlatego, że to takie przyjemne, a też wydaje się podobać innym.

Zawsze się smok przyda

Co tu dużo mówić, smok to motyw zdobniczy popularny, sympatyczny i w ogóle. Mieć smoka na notesie to trochę tak, jakby mieć go po swojej stronie, a nikt mi nie powie, że w naszych ciężkich czasach nie przyda się jakieś wsparcie.

Ten notes ma być nie tylko smokiem, ale wszystkim użyteczny 🙂 Ma twardą oprawę, malowaną właśnie w motyw smoka na przepięknym płótnie introligatorskim – uwielbiam je, ma taką fakturę gładziutką i elegancką. W środku jest wyklejka, moim zdaniem bardzo przyzwoicie pasująca do smoczego motywu, oraz kilka rodzajów kartek.

Bardzo lubię te notesy ze smokami, bo dając komuś notes ze smokiem tak jakbym posyłała takiego stwora na odsiecz. Dobrze wygląda?

Cykada

Mówiłam o chrzęszczących stworzonkach, prawda? Jak bym nie spoglądała na nie z rezerwą, są z pewnością bardzo interesujące graficznie.

Wzięłam się więc za cykadę. Owady jakoś tak mniej mnie onieśmielają niż stawonogi powiedzmy. A cykada jest bardzo złożona i ciekawa. Rysowałam ją i rysowałam, i wciąż nie byłam zadowolona, aż w końcu stwierdziłam: a do licha z tym, chwytam się za kolbę, pozłocimy, zobaczymy. I co się okazało? W wersji złoconej cykada wyszła całkiem fajnie. Może po prostu nie było jej pisane, żebym ją dobrze narysowała ołówkiem? Luksusowa bestyjka.

Notes sam w sobie jest przyjemny, nieduży, oprawiony w płócienną okleinę (wciąż tę samą gładziutką). Wyklejkę ma z papieru Pepin, który prawdę mówiąc w tej wersji błyszczącej jest odrobinę za cienki na wyklejki. No ale za to pasował mi wizualnie, więc już jest jak jest.

A cykada rusza czułkami złotymi, o tak:

Lubię wyzwania

zaś ten notes to jedno wielkie wyzwanie było.

Został zrobiony na zamówienie, więc było wiadomo, że ma spełnić bardzo konkretne oczekiwania i odpowiedzieć na specyficzne potrzeby.

Po pierwsze – Właścicielka miała jasną wizję, jakiego powinnam użyć papieru. Papier okazał się istotnie bardzo piękny, kredowany i gładki, ale cięło się go że niech Pan Bóg broni – wszystko jeździło, aż się bałam, czy ręczne docinanie nie sprawi, że format zrobi się miniaturowy. Jednak całe szczęście tnąc ruchami lżejszymi niż piórko i poprawiając tu i ówdzie papierem ściernym doszłam do znośnego bloku. Uff.

Po drugie miało się w notesie pojawić siedem zakładek. Udało mi się zmieścić pięć (co widać na zdjęciach), albowiem więcej w tej grubości notesie wyglądałoby niechlujnie i moim zdaniem nie byłoby stabilnie umocowane – chociaż je przeszyłam i przekleiłam i w ogóle. No, ale ciekawie to wyszło na pewno.

No i po trzecie – wzór miał być taki, jak w notesie prezentowanym w  notce „Corona civica”, czyli z dębowych liści, co zajęło… trochę, no. Ale efekt jest moim zdaniem bardzo przyjemny.

W ogóle cały notes jest bardzo przyjemny, chociaż jednak dosyć ciężki (130 kartek takiego kredowego papieru trochę sobie waży), i mam nadzieję, że będzie pomagał w natchnieniu i dobrze służył miłej Właścicielce.

Czy feniks robi ćwir?

Ta myśl prześladowała mnie wczoraj, kiedy dziubałam sobie w fimo z przyjemnością. Nie doszłam niestety do żadnych spójnych i jednoznacznych wniosków, ale za to zrobiłam nieco przedmiotów do wykończenia notesów, i kilka na zapas nawet.

To znaczy zaczęłam od notesu, który mnie od dawna już ciągnął, czyli takiego z hobbickimi drzwiami. Pomalowanymi ślicznie na zielono i tylko czekającymi na jakiegoś wandala Gandalfa (Wandalfa? :D), żeby wydrapał na nich znak laską. A potem wspomniałam na feniksy (to z powodu odrodzenia Gandalfa) i już samo poszło, w stronę feniksa Fawkesa, z mieczem Godryka Gryffindora. Trzeci zaś notes jest trochę normalniejszy, ale o nim opowiem osobno, bo zrobiłam z nim coś kontrowersyjnego, ale wydaje mi się, że ciekawego.

WP_20160321_11_27_47_Pro

Potem (nie bez przygód, bo po drodze nieuważni, a następnie skruszeni, domownicy zrzucili mi ze stołu kafelek z niewypieczonymi figurkami i musiałam dokonywać daleko posuniętych napraw) dorobiłam więcej ptactwa:

WP_20160321_11_28_45_Pro WP_20160321_11_28_55_Pro

A na koniec zostało mi odrobinkę fimo, więc zrobiłam małą – może czterocentymetrową – przypineczkę. A może przyklejankę na mój telefon. Jeszcze nie jestem pewna, ale mi się podoba:

WP_20160321_11_29_07_Pro