Bez granic!

Jak wiadomo, miłość nie zna granic. Kiedy jednak czyni szczególnie wielkie skoki ponad tymi granicami, robi na nas szczególnie wielkie wrażenie!

Album – prezent ślubny miał odzwierciedlać niezły taki skok: pomiędzy Polską a Demokratyczną Republiką Konga. Ohoho, pomyślałam, będzie ciekawie połączyć to jakoś estetycznie. Myślałam, szukałam, mieliłam w głowie otrzymane wskazówki, i w końcu zainspirowały mnie elementy różnych haftów wielkopolskich i kongijskie tkaniny Kuba. Nawiązałam więc na okładce do motywów jednych i drugich, starając się, żeby pieczołowicie odwzorować ludowe motywy obu krajów. A wszystko to na złocistych, karmelowych, brązowych tonacjach papierów i oklein.

Dodatkowe wyzwanie stanowił tytuł! Miał być po polsku i francusku, a ja oczywiście – niesiona na fali entuzjazmu dla kaligrafii – rzuciłam się te napisy kaligrafować, w stylu, miejmy nadzieję, modern 🙂 O rany, ile ja się tego nakaligrafowałam! Każdy z napisów wykonałam przynajmniej kilkanaście razy, z czego parę ostatnich już na arkuszu papieru, na którym miały być na czysto (nie ukrywam, że w nadziei, że któraś próba BĘDZIE już na czysto!). I w końcu wyszło jak należy i mogłam przykleić tytuły. Potem ozdobiłam to jeszcze cienkimi, złotymi kreseczkami wokoło liter, tuszem i farbami akrylowymi namalowałam motywy z tkanin, okładkę skleiłam z blokiem zszytych starannie kart prześlicznego, złocistobeżowego papieru… I już!

Kompletu dopełniła stosowna kartka na powinszowania – nawiązująca do tych samych motywów, co album. Sama się zdziwiłam, jak hafty i motywy tekstyliów efektownie wychodzą w wersji malowanej!

Wiem, że to nie ode mnie ten ślubny prezent, ale – jak zwykle przy pracy – wierzę, że moje życzliwe myśli dołożą się choć trochę do szczęścia i powodzenia tych miłych ludzi.

24 akity

Nie wiem, jak to się stało, ale ostatnimi czasy zdarzyło mi się rysowanie naprawdę zdumiewającej ilości psów.

Jako odwieczna kociara, raczej odlegle życzliwa psom, wcale nie mam z tym tak łatwo! Inaczej się jednak rysuje zwierza, którego się na co dzień głaszcze, rozpieszcza, i który człowieka miłośnie dławi o czwartej trzydzieści, niż takiego, którego się co najwyżej po sąsiedzkiej znajomości pogłaszcze albo się da entuzjastycznie obszczekać.

Niemniej jednak, tak mi wyszło, że tych psów się trochę już nazbierało. Jednakże nie takich! Karteczka z podziękowaniem miała albowiem zawierać portret akity. Piękne są to psy, nie da się zaprzeczyć! Akita inu jest dużym psem, puchatym jak nie wiem i z okrągłą głową, uszy ma normalnie jak niedźwiedź, i piękne kolory, które człowiek chętnie by widział w swoim latte.

I weź tu człowieku narysuj coś takiego.

Skończyło się na tym, że robiąc tę kartkę zarysowałam wpierw akitami całe stronice. Szkice ołówkowe, akwarelowe maźnięcia, próby tuszem… Potem to wszystko policzyłam i wyszło, że narysowałam ich dwadzieścia cztery.

Ale się opłaciło, bo kartka wyszła bardzo w porządku! Taka w sam raz na koniec lata, jasna i pogodna. Użyłam mnóstwa pięknych papierów, w tym mojego klajstrowego, a gotową kartkę swoim zwyczajem podrasowałam jeszcze trochę tuszami. Do tego wykaligrafowane na złoto „dziękuję”, odpowiedniego koloru zwariowana koperta, i już jest, o proszę, taka kartka:

Opcjonalna karteczka

Napisała do mnie jedna z moich fantastycznych koleżanek z pytaniem, czy zrobię dla niej kartkę na chrzest dla jednego z bliźniaków. Ale. Nie wiadomo jeszcze, którego! No co za historia 🙂

Biorąc pod uwagę, że do karteczki miał być dołączony prezent, kwestia oznaczenia kartki była jednak dość istotna – ale znalazłam rozwiązanie. Wymyśliłam projekt, poniekąd, niebiański – w bielach i błękitach, myślę, że stosownie, i jedną z chmurek zaplanowałam jako miejsce na imię. Imiona – obydwa – napisałam na samoprzylepnym papierze, w dwóch wersjach do wyboru. I tu kolejny raz przyjemność z kaligrafii – użyłam, powiedzmy, copperplate’a oraz zrobiłam wycieczkę w stronę modern calligraphy, a wszystko to pisakami do kaligrafii w odpowiednio niebieskich kolorach).

W środku znalazła się karteczka do napisania części literackiej – z doświadczenia wiem, że lepiej zrobić osobną, do wklejenia na dwustronnej taśmie, a jeszcze lepiej – z drugą zapasową. Oprócz tego zrobiłam i kopertkę na prezent, nawiązującą do tematu chmurek, i wszystko gotowe!

Zdjęcia zrobiłam, niestety, zanim dodatkowo ozdobiłam jeszcze kartkę srebrnym i białym tuszem, ale myślę, że nawet taka jest ładna, a jej urocza historyjka nadal wywołuje u mnie szeroki uśmiech!

Karteczki

Nie spodziewałam się, że tak niedługo po kartce z sową pojawi się nowa okazja, żeby zrobić coś nowego w tej dziedzinie! Ale tak się właśnie stało i jedną przesyłką poszły trzy takie kartki.

Robi się je przyjemnie, można wykorzystywać najprzeróżniejsze techniki i materiały – nawet te mniejsze kawałki, które zostają z pięknych papierów – a przy tym można się jeszcze zupełnie rozkręcić, jeśli chodzi o style i pomysły, no bo przecież o to chodzi, żeby były jak najbardziej indywidualne. Ubocznym efektem tej swobody jest wprawdzie fakt, że żadna z nich nie nadaje się do gotowej koperty, ale co się będziemy ograniczać – trzeba też zrobić specjalne koperty, a to też jest interesujące.

Jedna miała być z dinozaurem, więc namalowałam i wycięłam takowego, wkleiwszy go między krzewy pomalowane również i ozdobione błyszczącym tuszem. Brzegi kartki oraz koperty ozdobiłam taśmą washi, kupioną w miłej, lokalnej księgarence (naprawdę mam nadzieję, że jeszcze tam jest).

Druga miała być rybiasta, żeby pasowała do notesu wędkarskiego (tak, tego sprzed paru wpisów 🙂 ). No to nie dość, że ma rybiasty papier na wierzchu, to jeszcze zawiera rybę w środku!

Trzecia jest za to napisana w dwóch językach po to, żeby na pewno Wszyscy wiedzieli, jak bardzo dobrze radzi sobie z bałaganem Adresatka Kartki 🙂 Tu też poszła w ruch taśma washi – taka z literkami – oraz nożyczki z ozdobnym ostrzem, które wyrzucił z szuflady mój młodszy syn, kiedy tylko upewnił się, że nie będzie miał już więcej lekcji plastyki.

Uśmiechnij się :)

Zdarza się czasami, no może się zdarzyć każdemu, że nie będzie zbyt zadowolony z życia, nawet załatwiając urzędowe sprawy. Ale jest różnica między załatwianiem urzędowych spraw z maszynami, a załatwianiem ich w życzliwym towarzystwie, które nawet próbuje rozproszyć jakoś mars na czołach petentów.

W tym celu zamówione zostały te oto tabliczki. Żeby były optymistyczne i wesołe.

Ucieszyło mnie to wyzwanie tym bardziej, że od jakiegoś czasu uczę się cierpliwie kaligrafii, ściśle zaś mówiąc – copperplate’a, czyli takiego ładnego pisma, które się przeważnie odruchowo kojarzy z kaligrafią :). Jeszcze zimą przyuważyłam, że jest dostępny kurs online, i jak na razie odbyłam kilkanaście fascynujących spotkań z panem Grzegorzem Barasińskim ze szkoły Kaligraf.

Bardzo przyjemna jest to nauka, i chociaż nie próbuję ani przez chwilę udawać, że osiągnęłam coś w tej dziedzinie wielkiego, to zdecydowanie dodaje to wszystko polotu choćby właśnie takim przedsięwzięciom, jak poniższe tabliczki.

Wycięłam owale osobiście tymi rękami piłą ze sklejki, wyrównałam, okleiłam, namalowałam obrazki, napisałam – akwarelą! – napisy, przewierciłam dziurki, przewlokłam wstążeczki i wszytko prezentuje się tak:

Kartka z sową

Nie jest wcale tak łatwo znaleźć portretowe zdjęcie sowy, zwłaszcza uszatej, na którym nie wygląda ona jak na typowym selfie zrobionym dla beki, ale musiałam takie znaleźć. Sowa miała bowiem ozdobić ręcznie robioną karteczkę, która winszować miała osobie poważnej i nie było mowy o żadnych śmichach-chichach, tylko żeby było sympatycznie i z szacunkiem.

Jest to jedna z przyjemnych okazji, kiedy moja wrodzona niechęć do wyrzucania nawet niewielkich kawałków pięknych papierów okazuje się jednak nie być taką okropną wadą: z niedużych, odciętych pasków, jakie przechowuję skrzętnie w warsztacie, da się idealnie skomponować kartkę. Użyłam jako bazy uroczego, brązowego kartonika z chmurkowatymi skazami (uwielbiam ten papier i jego przypadkowość), a sowa została namalowana akwarelami, wycięta i przyklejona na wierzch 🙂

Tak to wygląda:

Ornamenty, narożniki

Zrobiłam kilka nowych ozdobników na notesy – muszę je dzisiaj ponaklejać i zacisnąć. Ponieważ są tacy, którzy nie lubią za bardzo wystających elementów ozdobnych, tym razem zrobiłam takie zupełnie niemal płaskie. Wydaje mi się, że całkiem przyjemnie wyszły. Do jednego z nich – można zgadywać, którego – użyłam jako formy do odciskania żyłek szpulki nici – i okazało się to dobrym pomysłem.

Proszę, o, tak to na razie wygląda luzem – przy okazji widać, jak straszliwie pociachałam nożem, mimo podkładek i starań, nasz biedny stół 🙂

WP_20160704_21_39_20_Pro