Jedi usposobiony artystycznie

(czyli tak jakby raczej bardziej w stosownie spokojnych czasach, dających szansę na folgowanie artystycznym ciągotom) miałby zapewne stosownie jedi szkicownik. Tak myślę. Z emblematem by miał.

Więc gdyby, hipotetycznie, taki Jedi miał zgłosić się do mnie, zafrasowany, i wyznać, że otrzymany w Świątyni standardowy notes wyczerpał mu się w połowie szkicowania fascynujących gatunków minerałów na Utapau, to ja bym mu zrobiła o, właśnie taki.

Ma powściągliwą, szaroniebieską okładeczkę, a na niej – srebrno-złoty emblemat Jedi. Zrobiony jest ze srebrnego fimo, a potem pociągnięty szelakowymi tuszami, srebrnym i złotym. Bardzo mi się ten efekt podoba!

W środku – kartki w kratkę, gładkie i w linię. Zakładki są dwie, żeby można było zakładać pomiędzy różnymi sekcjami – tu, prawda, dalsze szkice minerałów z Utapau, tu notatki do spotkania dyplomatycznego z handlowym przedstawicielem Huttów.

Ale, oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by notes przejął podstępny szpieg i się podszywał. Absolutnie nic.

Portret pawia

Od początku wiedziałam, że z tej tapety będzie piękna okładka. Jest urocza – w złote, nieregularne prążki na morsko-niebieskim tle. Dlatego oprawiłam w nią ładny, zgrabny notesik z morskiego koloru zakładką i wyklejkami w pawie pióra i zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Jakaś rameczka wydawała się na miejscu, więc czemu nie ta metalowa, silniczkowa. Okej. A co do rameczki? Wyklejka sugerowała coś pawiego, po prostu, kolorystyka także, i tu nastąpiły schody! Paw to nie jest mianowicie stworzenie łatwe w ujęciu miniaturowym.

Matko jedyna, ile ja się namalowałam pawi tego wieczoru! Paw z boku. Paw w rzucie. Pawie pióra (nnnooo nieźle ale nie chodziło przecież o to, żeby powtórzyć wyklejkę, jakbym chciała powtórzyć wyklejkę, to bym wkleiła po prostu kawałek papieru użytego do wyklejki). Paw w oddali. Sugestia pawia. Paw kubistyczny. Niech go szlag. Brak pawia wychodził mi najlepiej.

W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że jak nie chce mi się, obrzydliwiec, dać sportretować w całości, to zrobię mu klasyczną, romantyczną miniaturę gęby.

Okazało się, że pawie dysponują bardzo fajnym, lekko cynicznym spojrzeniem, które w dodatku od pierwszego machnięcia udało mi się oddać z dużym podobieństwem (no, w każdym razie do tego konkretnego egzemplarza pawia). Potem drania pomalowałam, ornitologicznie adekwatnie, i dodałam złote i srebrne tła, bliki i detale. I z tego wszystkiego zrobił się w sumie koncept dość surrealistyczny – ten paw tak łypie ironicznie jak zbuntowany przeciw wujowi młodociany wicehrabia – i notes, moim zdaniem, jak nic nadaje się do notatek pozbawionych złudzenia co do Stanu Wszechrzeczy.

Kochajcie wróbelka, dziewczęta!

Mam duży żal do cywilizacji, że pozbawiła nas stad wróbli. Ja jeszcze pamiętam z dzieciństwa stada wróbli, ale teraz zobaczenie choćby kilku naraz to już sensacja. Jakoś mi tak źle z tym faktem. Nie podoba mi się perspektywa świata bez wróbli.

Częściowo dlatego, a częściowo z powodu takiej sobie ot, letniej fantazji, wykończyłam złoceniem z wróblem  pewien zgrabny i bardzo udany notes. To ten mój ulubiony format oberżniętego do kwadratu zeszytu A5 – najnajlepszy i najwygodniejszy, jaki znam. Ma piękne, kremowe kartki 120 g, wyklejkę w indyjski wzór i satynową zakładkę. Oprawa jest z mojego malowanego płótna – i znowuż fotografia z jakiegoś powodu pokazuje ten kolor jako bardziej niebieski, niż morski, ja tego nie rozumiem 🙂 Ale jest bardzo ładna i złocenie ślicznie wyszło na tym materiale.

Jedno, co mnie trochę martwi, to fakt, że złoto z wróblem tak średnio idą w parze. Pewnie lepiej byłoby użyć kolorowej folii w  – bo ja wiem – popielatym albo brązowym kolorze. Ale może nie, może wróblowi należy się taka bardziej ozdobna forma, skoro w naszych zaroślach przestał już być pospolitym gościem, a zaczął – rzadkim ptakiem?…

 

 

Drobiazgom dobrze w niebieskim

Co zrobić, kiedy po zrobieniu notesów zostają ścinki, kawałki, paski papieru i płótna, dziwne ozdóbki, małe odcinki wstążek?

Oczywiście więcej notesów! Tylko że odpowiednio mniejszych.

Tak się złożyło, że akurat mi tym razem wyszło kilka małych notesików z takich resztek, a wszystkie w różnych odcieniach niebieskości! Z zakładkami i bez, otwierane w pionie i poziomie – wszystkie mieszczą się na dłoni. No nie zniosłabym marnowania dobrego papieru i innych rzeczy, skoro można z nich jeszcze zrobić całkiem przyjemne malutkie notesiki. Jeden w dżinsie, dwa w malowanym płótnie, jeden w tapecie – wyszły bardzo ładnie i pewnie posłużą jako drobne prezenty, albo może spodobają się komuś same z siebie? W każdym razie takie małe rzeczy też mają swoje miejsce wśród moich rozmaitych produkcji i poświęcam im tyle samo uwagi i pracy.

I od razu w życiu robi się bardziej niebiesko!

Latarnia morska, gwiazda niewzruszona

– pozostaję w klimatach wakacyjnych. Bardzo lirycznie w dodatku, bo z mojego ukochanego sonetu Szekspira ten tytuł, a także ogólnie inspiracja, albowiem myślę ostatnio bardzo dużo o miłości.

Notesik nadaje się znakomicie zarówno do rysowania gwiazd niewzruszonych, jak do pisania sonetów – jest z białego papieru 120 g, czyli takiego troszkę sztywniejszego. Format ma mój ulubiony – oberżniętego o 1/3 zeszytu. To jest bardzo dobry format, wygodny do torebki, dostatecznie duży, żeby coś naszkicować.

Oprawiłam go w ciemnoniebieskie płótno – z tych ręcznie malowanych – więc jest niebieskochmurzasty. Początkowo chciałam ozdobić tę okładkę czymś bardziej oczywistym, na przykład gwiazdami, ale w końcu doszłam do wniosku, że lepiej będzie – pozłocić obrazkiem latarni morskiej.

Ma piękną wyklejkę z tego ślicznego włoskiego papieru w pawie pióra – już go kilkakrotnie używałam, zawsze z doskonałym efektem. Ma też oczywiście zakładeczkę. Nic mu nie brakuje, tylko sonetów w środku nowych, i gwiazdozbiorów naszkicowanych, albo czegoś w tym rodzaju…

Konik morski

Jako matka dwóch synów jestem wielką zwolenniczką męskiej ciąży. Żywię więc (przepraszam, ale nie mogłam oprzeć się tym sylabom) zdecydowaną sympatię do koników morskich, chociaż szczerze mówiąc nie wiem, czy to z tą ciążą to fakt, czy zaledwie faktoid. Muszę sprawdzić.

A zanim sprawdzę, to sobie w każdym razie zrobiłam przyjemne złocenie z morskim konikiem! Utrzymując się w morskich klimatach poprzedniego wpisu, znalazłam kilka fotografii i na ich podstawie machnęłam wypalarką na płóciennej oprawce tego notesu rysunek konika. Uważam, że wyszedł bardzo ładnie – czyściutko i jak żywy, a że właśnie coś takiego chciałam uzyskać, to jestem zadowolona.

Jest z białego papieru, ładnie uszyty i zgrabny. Ma złotawą, satynową zakładkę i wszystko, co trzeba.

Wyklejka bardzo ładnie pasuje do tego konika, z zawijaskami odpowiednimi, i razem tworzy to szalenie wakacyjny, poręczny notesik do zapisywania adresów nieodpowiednich znajomości z Chorwacji oraz szkicowania boskich kształtów nadbałtyckich fok.

Czy tam koników morskich.

 

Bulaj na świat

Wakacje, prawda, klimaty nadmorskie, nieprawda, i tego, szum fal, co nie?

Nie ma że boli, trzeba też i sezonowo. Więc ten notes jest agresywnie wakacyjny.

W środeczku ma piękne, chłodne i popielate karteczki i wyklejkę z organicznym, ni to morskim, ni to grzybowym wzorem (papier Pepin all around) i srebrzystą, satynową zakładkę. To jest jeden z tych bloczków przyciętych na mojej Wspaniałej Gilotynie, więc jest bardzo ładny.

Okładka natomiast jest z ręcznie malowanego płótna. Jest trochę bardziej zielonkawa, niż to widać na zdjęciach, ale jak na razie żadnym sposobem nie udaje mi się skłonić mojego telefonu do bardziej morskich kolorów. No nie i już. Niemniej jednak należy wierzyć na słowo, że jest morsko-niebieska, z perłowym połyskiem, i wbrew temu co z jakiegoś powodu widać na zdjęciach nie ma nic krzywego.

Na środku przykleiłam akwarelowy obrazeczek, obramowany starą, metalową klamrą. Klamra się zepsuła, więc jakiś czas nosiłam ją jako wisior, a teraz nadeszła pora na nową transfigurację. Ha! Wygląda trochę jak bulaj z morską wodą za oknem, a że wzór jest taki trochę wytarty, tym lepiej.

Wszystko to się składa na ładny, zgrabny szkicownik. Jak widać poniżej:

 

 

 

Łuski, pióra …

– trudno się zdecydować, jak właściwie się ma odnieść człowiek rysujący smoki do hipotezy, że dinozaury były pokryte piórkami. Mnie się osobiście bardzo ta koncepcja podoba, więc do notesu ze smokiem dobrałam wyklejkę z pięknego, zakupionego na Targach Książki papieru w złocone pawie pióra.

Na wierzchu jest obrazek na dwóch kartonikach, lakierowany, wklejony w wypukłe okienka. Notesik mi się udał, i na Falkonie poszedł w dobre ręce, z czego się niezmiernie cieszę. Niewiele jest rzeczy równie przyjemnych, jak zobaczyć swoją pracę, która się komuś przydaje.

Pierzasty czy nie, smok powinien w każdym razie zgodnie ze swoją naturą przynieść jeśli nie bogactwo, to szczęście, a jeśli nie szczęście, to w każdym razie inspirację.

Chociaż oczywiście preferowane byłyby wszystkie trzy efekty.

wp_20161104_14_20_47_pro wp_20161104_14_20_54_pro

Morskie, niebieskie…

–  zostały mniejsze kawałki pięknych papierów i zrobiłam notesik. Jest nieduży, ale całkiem zgrabny. Niedawno zakupiłam kilka ryz sztywniejszego papieru – czarnego i białego, 170 i 180  g., więc można sobie nawet i malować na nim. Sęk w tym, że taki gruby papier wymaga jednak – tak mi się wydaje – raczej większego formatu, powiedzmy – zeszytowego co najmniej. Więc większość notesów jest ostatnio właśnie taka.

Ale czasem zostają mniejsze bloczki i może znajdą zastosowanie w jakiejś torebce obok samotnego markera i flamastra – tym bardziej, że fimowy kwiat na okładce, z dodaną znaną nam już świecącą masą oraz trzema szkiełkami, sam w sobie się całkiem ładnie prezentuje.

wp_20161012_15_04_53_pro

wp_20161012_15_05_03_pro

Jest większy w środku

– w każdym razie tak zwykle bywa z większością notesów, jak wynika z mojego doświadczenia 🙂

Wprawdzie od czasu postępującego efekciarstwa i spłycenia serialu nie jestem już tak na bieżąco, ale „Doctor Who” zawsze zostanie dla mnie czymś istotnym, nie da się ukryć. Cudowna mieszanina absurdu, błyskotliwości, kiczu i emocji, jaką poznałam dzięki Dziewiątemu i Dziesiątemu Doktorowi to estetyka jedyna w swoim rodzaju – i po prostu zawsze mi serce drgnie na widok niebieskiego światełka śrubokrętu sonicznego i rzężenia TARDIS.

I od czasu do czasu i na moich notesach wyląduje niebieska budka policyjna, bo czemu nie.

wp_20161012_15_05_21_pro