Fantastyczne rośliny i jak je znaleźć

Plewienie ogrodu jest bardzo przyjemnym zajęciem. Wprawdzie muszę to robić w rękawiczkach, maseczce i kapeluszu, uważać na słońce i w ogóle zachowywać liczne nudne środki ostrożności, ale bardzo, bardzo lubię plewić. Na pewno mi to dobrze robi – zaraz się człowiek wzmocni, jak tak sobie powyrywa chwasty i poprzekopuje ziemię.

Poza tym – lubię rośliny od zawsze. Chwasty też, właściwie, wyłączając obmierzły podagrycznik, bo ze wszystkim innym jakoś się idzie dogadać. I lubię też rośliny fikcyjne. Takie, które mi pokazują – w filmach i w grach – i takie, które muszę sobie sama wyobrazić; takie, które są zupełnie zmyślone, i takie, które są nieprawdziwymi odmianami znanych mi gatunków prawdziwych; takie, które tylko udają fikcyjne, a tak naprawdę są pospolitymi roślinami w realu, i takie, które udają te znane, a są kosmicznie odmienne. I pomyślałam sobie, że mogłabym sobie narysować trochę fantastycznych roślin – a potem, że nie zaszkodziłoby też je podkolorować – i tak się zrobił cały projekt.

Poniżej załączam obrazki – w wersji czarno-białej i kolorowej – które na razie popełniłam (i wrzuciłam już na swojego tumblra, gdzie nie przestaje mnie zadziwiać, które z nich zyskują dziką popularność, a które sobie kwitną w kątku skromnie 🙂 ).

Gorączka złota

Dostałam niedawno w prezencie (dziękuję!) folię do złocenia. Dostałam niedawno w prezencie (dziękuję!) wypalarkę. I muszę wyznać, że nawet biorąc pod uwagę moją wątpliwą jeszcze precyzję w rękach – zaskoczyło. Zaskoczyło jak diabli.

Jak mi się to nieziemsko podoba! Bierze sobie człowiek takie szpejo, a ono tak cudownie działa, i w ogóle! Już malowanie metalicznymi tuszami sprawia mi wielką przyjemność, ale to złocenie! Och, to złocenie, to jest inny poziom frajdy. I już nawet jeden notesik, nie powiem, ozdobiłam złoconym rysunkiem, ale entuzjazm poniósł mnie tak bardzo, że pominęłam jedną dość ważną linię. Zanim zrobię zdjęcia, to chyba jednak tak trochę, no wiecie, poprawię to odręcznie.

Ale niech to, jak strasznie fajnie się te złocenia robi! Jestem oczarowana.

Niestety, widzę, że przerwa w pracy nie wychodzi człowiekowi na zdrowie. Te dwa malutkie notesiki, które zrobiłam, nijak nie dorastają do standardów sprzed szpitala. Ale nie mam już cierpliwości tak zupełnie nic nie robić i nawet skręciłam – tylko na jedną brutalną sesyjkę w towarzystwie podejrzanie entuzjastycznych synów – jeszcze jeden cudowny prezent, jaki dostałam na czterdzieste urodziny w lutym, mianowicie moją piękną gilotynę, i z zachwytem oberżnęłam kilka bloczków pięknego, popielatego papieru i jeden taki, co już myślałam, że zmarnowałam beznadziejnym przycinaniem dawno temu. I co? I okazało się, że bloczek ma się świetnie i będzie z niego jeszcze pewnie sympatyczny notes!

Przedmioty same mnie zachęcają, żebym się odważyła, jak nic.

Oghamy jakieś takie

Krzywo mi się skórka przykleiła, stwierdziłam ponuro, patrząc na – w założeniu – całkiem klasyczny, normalny notes ze skórzanym grzbiecikiem. A wszystko inne takie fajne: równiutki blok z naprzemiennych białych i kremowych kartek (120 g), i zieloniutka zakładka, i zielone wyklejki, i udatnie ufarbowane płótno. No do licha, do licha i jeszcze raz do licha. Odczułam Głęboki Smutek, po czym stwierdziłam, że trzeba wykorzystać starą mądrość IT: it’s not a bug, it’s a feature.

I wszystko to potraktowałam na złoto różnymi krzywymi runami, futhorkami, oghamami i tym podobnymi, bez żadnego porządku, z wykorzystaniem obrazów pochodzących z kościanych i kamiennych zabytków. Na złoto, ma się rozumieć, moim ulubionym tuszem.

Zajęło mi to oczywiście jakieś 42039847 lat, ale, szczerze mówiąc, w tych wszystkich głupich chorobach należy zawsze być wdzięcznym Panu Bogu, jak jakiś czas nie jest stracony, a czas spędzony w warsztaciku nigdy nie jest stracony.

No i wprawdzie skórka nadal jest krzywo, ale myślę, że osiągnęłam cel: mnie zdecydowanie przestało to przeszkadzać, i mam nadzieję, że innym też nie będzie.

Pierwiosnek

. Będzie tylko mały wpis, z małym notesikiem, częściowo dlatego, że przed wysłaniem do Właściciela nie zrobiłam właściwie żadnych sensownych zdjęć.

Ale to jest bardzo przyjemny notesik. Okładkę ma sztywną, obłożoną moją ulubioną skórkopodobną tapetą, a na niej jest naklejony ręcznie malowany obrazek pierwiosnka.

Udoskonaliłam nieco technikę przyklejania tych obrazków i mam WIELKĄ nadzieję, że tym razem nic już odstawać ani się buntować nie będzie!

Solidna cegła

jest z tego notesu. Ma dłuuuugą historię. Uszyłam blok tego draństwa wieki temu i uznałam, że nie umiem za nic tak przyciąć podobnie grubego bloku ręcznie, żeby nie wyszło krzywo. Odłożyłam zatem gotowy blok i czekał on na zmiłowanie chyba z półtora roku. Co widać choćby po tym, że wyklejkę ma jeszcze z dawno już wykończonych chińskich papierów.

Przez półtora roku człowiek się jednak nauczy tego i owego, i przycięcie bloku nożem o dwa milimetry stało się jak najbardziej realne. Noooo… może z małą poprawką. No ale.

Chwyciłam zatem za kawał skóry. Niestety, nie miałam jeszcze noża do ścieniania skór (teraz już mam, i jak mi tylko medycyna pozwoli, naostrzę i się rzucę 🙂 ), ale dostałam w prezencie siatkę bardzo ładnych i dużych kawałków skóry. Więc, niezupełnie fachowo, ale z bardzo przyjemnym efekem, użyłam tego, co miałam.

O, proszę. Ma to chyba ze dwieście albo i więcej kartek standardowego papieru 80g, twardą, skórzaną oprawę i jeszcze w dodatku zakładkę vintage – wydłubaną w mojej dawnej bibliotece z pudła z makulaturą.

 

Lubię wyzwania

zaś ten notes to jedno wielkie wyzwanie było.

Został zrobiony na zamówienie, więc było wiadomo, że ma spełnić bardzo konkretne oczekiwania i odpowiedzieć na specyficzne potrzeby.

Po pierwsze – Właścicielka miała jasną wizję, jakiego powinnam użyć papieru. Papier okazał się istotnie bardzo piękny, kredowany i gładki, ale cięło się go że niech Pan Bóg broni – wszystko jeździło, aż się bałam, czy ręczne docinanie nie sprawi, że format zrobi się miniaturowy. Jednak całe szczęście tnąc ruchami lżejszymi niż piórko i poprawiając tu i ówdzie papierem ściernym doszłam do znośnego bloku. Uff.

Po drugie miało się w notesie pojawić siedem zakładek. Udało mi się zmieścić pięć (co widać na zdjęciach), albowiem więcej w tej grubości notesie wyglądałoby niechlujnie i moim zdaniem nie byłoby stabilnie umocowane – chociaż je przeszyłam i przekleiłam i w ogóle. No, ale ciekawie to wyszło na pewno.

No i po trzecie – wzór miał być taki, jak w notesie prezentowanym w  notce „Corona civica”, czyli z dębowych liści, co zajęło… trochę, no. Ale efekt jest moim zdaniem bardzo przyjemny.

W ogóle cały notes jest bardzo przyjemny, chociaż jednak dosyć ciężki (130 kartek takiego kredowego papieru trochę sobie waży), i mam nadzieję, że będzie pomagał w natchnieniu i dobrze służył miłej Właścicielce.

To jest TO

Chyba każdy ma czasem takie uczucie, że zrobił coś Absolutnie Tak Jak Należy. Spogląda sobie na swoje dzieło i jest mu tak ciepło na duszy, i w ogóle.

No to właśnie tak mi się zrobiło, kiedy zobaczyłam ten notes w całej okazałości, jak już pięknie wszystko wyschło i się ubiło i tak dalej. Dumna jestem jak nie wiem co.

Bo to jest naprawdę barrrrdzo ładny notes i chociaż w tym oświetleniu wygląda jakby miał dwie malutkie nierówności grzbietu, to mogę zapewnić, że NIE MA. Wszystko zrobiłam tak jak trzeba, precyzyjnie i ładnie. Rrrrrrany jakie to jest miłe uczucie!

Nie jest duży – 2/3 A5, mój ulubiony format. Ma brzoskwiniowy papier 120 g, wyklejeczki z zielonego, czerpanego papieru z pięknymi  włóknami i zieloną zakładkę.

Okładka jest twarda, obciągnięta płótnem. Zagruntowałam je sama i pomalowałam akrylami, a na wierzchu jest wzór namalowany szelakowym tuszem oraz farbą akrylową, tą samą, której użyłam do płótna.

Kapitałki – skórkowe; bardzo takie lubię. Chociaż, po namyśle, lubię wszystkie kapitałki. Ale skórkowe też.

I razem tworzy to wszystko naprawdę ładną rzecz.

Ach, jak wspaniale.

 

Tiny Binding Challenge

Z sympatią przeze mnie obserwowany na tumblrze i instagramie introligator Buildingbooks ogłosił czas jakiś temu wyzwanie: zrobić książkę – oprawioną tak jak zwykle, o co najmniej stu kartkach, lecz nie przekraczającej 2,5 cm w największym wymiarze.

Zachwycona, zabrałam się do roboty. Co tu właściwie pisać – zdjęcia nie są może wybitne, ale za to dostatecznie wymownie pokazują, jakie to jest do diaska MALUTKIE 🙂

Ale ponieważ była to poniekąd ostatnia rzecz, jaką mogłam zrobić przed pójściem do szpitala, to oczywiście ją zrobiłam. Użyłam bardzo cienkiego papieru, żeby w ogóle się dało to jakoś poskładać. Wybrałam najwęższą wstążeczkę na zakładkę. Próbkę skórkopodobnej okleiny introligatorskiej z targów książki wykorzystałam do obłożenia okładki z twardej tekturki. Najwięcej problemu miałam z kapitałkami – musiały być nie za grube, ale też i nie za cienkie, szyć się nie odważyłam, więc w końcu użyłam tkanej tasiemki.

I efekty są takie:

 

Chmurzy się na różowo

– głównie dlatego, że jakoś tak lepiej mi wychodzą malowane płótna z różnymi Efektami – chmurami, fakturami, przetarciami – niż tak nudno na równo. To znaczy, rozumiem potrzebę pomalowania czegoś na równy, jednolity kolor, lecz nie po to przecież smaruję ręcznie farbami, żeby z tego wychodziło coś, co przypomina maszynowo zagruntowany materiał.

Tak czy inaczej, ten notes tak mi się podoba w swojej podstawowej, zachmurzonej postaci, że w ogóle go nie ozdabiałam niczym dodatkowym. Pewnie bym mogła. Może mi jeszcze przyjdzie coś takiego do głowy.  Czemu nie. Na razie się po prostu cieszę, jaki jest ładny tak, o.

Ma kremowy papier w środku, i zakładkę w kolorze zgaszonego różu. Ma śliczną wyklejkę.

A na okładce zachmurzenie duże, z lekkimi przejaśnieniami, na różowo.

Zamszowy i zamkowy

notes w moim ulubionym, jasnobrązowym, mięciutkim zamszu (ach, nie kończ się, nie kończ, skórko prześliczna).

Jest nieco mniejszy od formatu zeszytowego, w kratkę (tak, z tych właśnie szpitalnych bloków!), niezbyt gruby. Wyklejkę ma wzorzystą, ze złotymi elementami, a na okładce – złoty zamek, wycięty w grubej tekturze. Czarne linie są pociągnięte czarnym tuszem, a wszystko lekko polakierowane. Zamek jest całkiem wypukły – zrobiłam coś w rodzaju tekturowej płaskorzeźbki 🙂

Nie wkleiłam mu zakładki, ale w tej chwili nijak nie umiem sobie przypomnieć, czy to był zamysł, czy przypadek. Wydaje mi się, że jestem bardziej skłonna do pomijania zakładek w notesach w kratkę…