Dla wtajemniczonych. Pod każdym względem.

Ha! To było coś szczególnego.

Żeby zrobić ten notes, musiałam zrobić coś, czego jeszcze nie robiłam, mianowicie zaprojektować sama kratkę do pisania po koreańsku. Potem jakoś to zszyć, żeby było równo, co niestety nie do końca się udało. No i potem zabawa ze złoceniem i malowaniem! Same wyzwania i ciekawe problemy, czyli coś, co uwielbiam.

Zeszyt do pisania koreańskich znaków dostał twardą oprawę oklejoną ręcznie malowanym płótnem – ostatnio ta technika naprawdę mi dobrze idzie. Na wierzchu jest baaaaardzo precyzyjnie zamówiony napis – cytat, który ma Odniesienia według życzenia Właścicielki. Całe szczęście nie po koreańsku, bo mogłabym napisać coś niestosownego – moja znajomość koreańskiego jest absolutnie żadna.

Zastanowiwszy się nad fandomem, z którego pochodzi cytat, wybrałam jako motyw złocenia więdnące niezapominajki. Akurat były tak uprzejme, że więdły mi na klombie przed domem, więc uharatałam sobie brutalnie jedną i zrobiłam złocenie. Potem poprawiłam i wycieniowałam złocenie tuszem, a same kwiatki pomalowałam specjalnie wymieszaną z perłową – niebieską farbą akrylową, cieniusieńkim pędzelkiem.

Baaaardzo długo mi nad tym zeszło, ale biorąc wszystko pod uwagę – zeszyt jest całkiem przyjemny. Następnym razem będę wiedziała już jednak, jak sobie radzić z nietypowymi kartkami, kratkowanymi nieregularnie i dziwnie, a w ramach przeprosin za eksperymentowanie na jej zeszycie wysłałam Właścicielce oprócz zasadniczego notesu – jeszcze bloczek równo przyciętych kartek z podobną kratką.

A tak wygląda ten notes (należy zerknąć na kraaaaatkę!):

Z owocami

Był taki notes, który mi się  ohydnie rozjechał. Znaczy, zrozummy się dobrze: jak próbowałam go rozbebeszyć, żeby oddzielić okładkę od bloku i inne elementy, to po dłuższym mocowaniu się zrezygnowałam, chwyciłam za nóż i oberżnęłam co się dało, bo nie szło tego rękami rozerwać ani w ogóle zdemontować inaczej – kolejny dowód na to, że robię te notesy naprawdę mocne. No ale wizualnie się jakoś tak rozjechał. Był jeden z wcześniejszych, więc czuję się usprawiedliwiona. Tak troszeczkę.

W każdym razie postanowiłam oprawić go na nowo. Oszlifowałam i przystrzygłam blok kartek, wybrałam nowe wyklejki. Dałam nową zakładkę i kapitałki. Docięłam okładkę ponownie, bo chociaż poprzednia miała całkiem całe tekturki, to oderwanie od nich płótna i innych rzeczy okazało się KOMPLETNIE niemożliwe.

Obłożyłam okładkę tą udawaną skórką, co mi tak dobrze służy (Ciociu, dziękuję nieustająco). Na wierzchu namalowałam akrylami drzewko, ale właściwie nie wiem czemu dokładnie – tak mi w duszy zagrało. I dokleiłam szkiełka, żeby się błyszczało też. Wyglądają jak owocki, jakoś tak optymistycznie, choć drzewo jest bezlistne. Może drzewo dostało jakimś huraganem, ale nadal ma piękne owoce – te rzeczy, rozumiecie 🙂

I tak to sobie teraz wygląda.

Smoczo wygląda

Westchnę sobie… (wklej wzdychanie).

Smoki, cóż. Smoki są stałym motywem w moich notesach, ale czy to tak bardzo źle? Ten smok zalągł się nieśmiało na skórkowej oprawce całkiem zgrabnego notesu. Pierwszy raz oprawiałam w taką cieniutką skórkę (tu podziękowania dla Prawdziwego Introligatora, który mi ją dał) i na pewno w przyszłości wyjdzie mi to lepiej, ale nawet teraz uważam, że wcale źle nie jest. Żeby wszystko było lekkie do noszenia, oprawkę wybrałam półmiękką – w skórce powinna być dostatecznie mocna.

I na tej to skórce na dodatek znowu ośmieliłam się wyzłocić motyw złotą folią na gorąco. Oj, pięknie to wychodzi, jak się oczywiście, do licha, nie przyciśnie za mocno.W dwóch miejscach przycisnęłam trochę za mocno, niestety. No ale smok jest, złocisty jak się patrzy. Wygląda zza ozdobnej kreseczki trochę nieśmiało, ale może się przestraszył wypalarki?

W środku notesu też są ciekawe rzeczy. Jest z dwóch rodzajów papieru – gładkiego, 120 g i zwykłego kancelaryjnego w kratkę. Trochę to stwarza problemów przy klejeniu i przycinaniu, ale dla mnie to już nie jest kłopot – wyszło bardzo ładnie. Wyklejkę ma w kolorze khaki, albowiem założenie jest takie, że miał to być notes Męski. Bardzo. Myślę, że nie ma nic bardziej męskiego, niż zestawienie skóry i khaki, a przynajmniej nie w notesach, i jestem kontenta z efektu.

Którego może nie widać tak do końca, do licha, bo przy robieniu zdjęć potwornie wiało. Ledwie coś ustawiłam, a zaraz poryw wichrzyska mi przewracał, odchylał, wykrzywiał albo łopotał różnymi częściami – no zgroza. Mam jednak nadzieję, że widać przynajmniej po części, że to przyjemny jest notes, funkcjonalny, lekki i bardzo miły w dotyku (ach, ta skórka! nb wiedziałam o oprawianiu w skórkę, wydawało mi się, dostatecznie dużo, ale że się ją kremem nawilża, tegom wcześniej nie wiedziała i powiedział mi to dopiero Prawdziwy Introligator!).

Kajecik Złego Kanclerza

Takie mam skojarzenie z tym notesikiem. Jest poręczny – formatu A6 – i łatwo go schować w fałdach bogatych szat. Jest czerwony – kolor namiętności i ambicji, niezbędnych do knucia zdradzieckich planów. I ma ozdoby, które wyglądają dostatecznie prestiżowo dla szanującego się Złego Kanclerza!

Notesik ma twardą oprawę w malowanym płótnie – kolejny kawałek suszony na niedawnym upale – i przepiękną wyklejkę w indyjski deseń. Na okładce przykleiłam trzy elementy starej bransoletki z agatami. W efekcie zrobił się przyjemny drobiazg, ładnie pasujący do ręki. Tak to wygląda:

 

Auuuu!

Złocenie jest bardzo ciekawą techniką i uczę się coraz więcej. Najtrudniej jest tak dobrać szkic, żeby najważniejsze kreski były jak należy złote, żeby dodać rysunkowi dynamiki delikatniejszymi kreseczkami – a wszystko to przy użyciu dość grubego narzędzia, które szybko zmienia temperaturę i trzeba sprytnie nim operować, żeby utrzymać je nie za zimne i nie za gorące… Auuuuuu!

To nie wilk, to ja zawyłam, kiedy sobie oparzyłam palec 🙂 Ale jak ze wszystkim – im więcej się próbuje, tym więcej pewności w ręku.

Ale to tylko złocenie, a ten notes w ogóle jest fajny – trochę mniej ozdobny, niż kilka poprzednich, ale starannie zrobiony i dobrze leżący w ręku.

Uszyłam blok z szarego papieru 120 g, wyklejki są z eleganckiego papieru z motywem złotego kółka. To dlatego złocenie na skórce, przyklejone na okładce, też jest okrągłe. Okładka jest twarda, a do jej obciągnięcia użyłam jednego z tych malowanych płócienek, które ostatnio suszyłam na sznurkach 🙂 Efekt jest naprawdę zadowalający – powściągliwy i stylowy. A ta zieleń jest naprawdę śliczna.

O, proszę:

 

Generał Hux także nie panuje nad swoim kotem

Miłośnicy Gwiezdnych Wojen kojarzą zapewne zdumiewająco zgodnie wyznawany, a nawet potwierdzany przez Oficjalnych Specjalistów, pogląd: jeden z antagonistów z najnowszych filmów, generał Hux, jest właścicielem rudej kotki imieniem Millicent. W bardziej skrajnych wersjach, z jakimi się spotkałam, miał nawet mieć dla niej stosowną kapsułę ratunkową na statku Tych Złych.

Nikt Millicent wprawdzie nie widział, ale szczerze mówiąc – moją kotkę też mało kto widział, a jestem pewna, że gdzieś jest i o godzinie 4.30 rano przyjdzie drzeć się pod oknem, żeby ją wpuścić po nocnych hulankach. No ale moja kocica jest raczej z Ruchu Oporu, sądząc z zachowania.

Kiedy jednak dostałam intrygujące zamówienie na notes mający nawiązywać do postaci generała Huxa, wiedziałam z bezwzględną pewnością, że musi on zawierać jakieś aluzje do Millicent, nie ma wyjścia.

Zabrałam się do pracy ochoczo i muszę przyznać, że jeszcze przed wykonaniem ozdób byłam już całkiem zadowolona z efektu. Notes jest nieco mniejszy od A5, uszyty z 120 g papieru, białego jak lico generała. Aby podkreślić niewątpliwą wagę faktu, że i generał Hux, i Millicent są rudzi, dobrałam pomarańczową zakładkę. Następnie – wyklejka. Wyklejkę zrobiłam tym razem sama. Czarnym tuszem narysowałam odcisk kociej łapki, zeskanowałam, zrobiłam z niej pędzel do programu graficznego i zapełniłam łapkami kartkę A4. Dwa wydruki później obecność Millicent w notesie została zapewniona.

Pieczołowicie dobierając odcienie, pomalowałam kawałek płótna na przepisowy ciemnoszary kolor o niekoniecznie przepisowym, ale za to bardziej kosmicznym lekko perłowym połysku. Obciągnęłam tym płótnem twardą okładkę – wyszło bardzo ładnie. Wreszcie na okładce wyrysowałam na srebrno i czarno generalskie paski, dodałam logo Najwyższego Porządku (z obwódką pomarańczową zamiast czerwonej) i notes jest gotowy! Jestem z niego naprawdę, naprawdę zadowolona – to jedna z ładniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek wyszły spod moich rąk.

Mam teraz nadzieję, że nowa Właścicielka znajdzie w porządnie zrobionym notatniku inspirację dla swojej twórczości!

Dzień na farbowanie

Pokazywałam już szycie, pokazywałam różne techniki  w które wetknęłam nos, ale nie pokazywałam chyba malowania płótna. A bardzo to lubię! Ponieważ cenię sobie recykling i upcykling i co tam jeszcze, mam stosik różnych płóciennych rzeczy i co jakiś czas biorę te płótna i gruntuję, i wykorzystuję do różnych oprawek i tym podobnych.

Czytałam dość szeroko o historycznych metodach gruntowania tkanin do prac introligatorskich, ale pasowały mi one bardziej do klejenia klajstrami, które mnie jest potrzebne raczej do skór, niż do płócien, i które mnie jakoś tak zawsze denerwuje – i  końcu uznałam, że jak tak wezmę i pomaluję płótno farbą akrylową, to z klejem CR powinni się polubić.

Jak na razie się sprawdza. Pewnie to nie jest tak zupełnie profesjonalne, ale notes to nie jest szesnastowieczna oprawa, ma być po prostu trwały na miarę notesową i ładny, a do tego celu wystarczą akryle. Doświadczenie wykazuje, że się i one nieco wycierają, ale – nieprędko!

W załączeniu zatem – różne fazy i zabawy z malowaniem płótna, które dzisiaj przygotowywałam, korzystając z przepięknej pogody.

Zeszyciki na zwięzłe myśli i szkice na kolanie

Zrobiłam kilka malutkich zeszycików. Kombinowałam tak: skoro mi skomplikowane rzeczy wyszły krzywo, to trzeba zrobić kroczek do tyłu i wykonać porządnie coś prostego. Co jest NAJPROSTSZE, a co może potem posłużyć jako Drobne Upominki, Gratisy, Dodatki? No takie zeszyciki z pojedynczej składki. A też je trzeba przecież zrobić dokładnie i z dbałością o szczegóły.

No i planowałam zasadniczo zrobić cztery… ale potem tak mi się dobrze szyło i kleiło… że w końcu… zrobiłam OSIEM 🙂

Są nieduże – na pół zeszytu – w miękkiej tekturkowej oprawce z kieszonką w tylnej części. Z przodu mają okrągłe obrazki, które namalowałam dawniej i COŚ planowałam z nimi zrobić. Każdy ma 24 kartki, jest porządnie zszyty i w ogóle – bardzo przyjemnie się prezentują.

I co? Zadziałało. Zaraz następnego ranka zszyłam i skleiłam dwa solidniejsze, dziesięcioskładkowe bloczki do notesów i tfu, tfu, na psa urok, nic na razie nie jest krzywe 🙂

 

  

Festina lente

albo: jeśli się już zrobiło z entuzjazmu te 298473871 potknięć, należy zastosować autoironię!

No daaaaalej mi krzywo to wszystko wychodzi, ale w przypadku tego notesu akurat nie zmartwiłam się za bardzo. Po pierwsze, bloczek już spisywałam na straty, i uratowało go tylko dość radykalne cięcie mojej Przerażającej Gilotyny. Po drugie, no, na czymś się trzeba uczyć, więc lepiej już na bloczku, który I Tak Nie Jest Idealny. Po trzecie – no jest krzywe, ale jakoś tak mi się podoba i może po prostu zachowam go dla siebie. Bo ma te fajne czarne i białe kartki, więc się będzie dobrze rysowało, i ciekawie. Albo się może kiedyś komuś spodoba.

No więc jedyne, co mi pozostało, to do złocenia na okładce domalować upomnienie w sprawie przyspieszania rozmaitych czynności w oprawianiu, czyli czegoś, czego się nie powinno robić, i potem cisnąć między stokrotki. O, tak:

Niby nieudane, ale jakoś się trzyma

Poniżej wklejam zdjęcia notesików, o których niedawno wspomniałam. Oba są ze ślicznego, popielatego papieru, zszytego jak trzeba, i na tym w zasadzie kończą się pozytywne strony. No bo tu krzywo, tu nie docisnęłam, tu nieznany papier mi się skandalicznie pofalował, tu kapitałki źle docięte – a wszystko to jak ręka drgnęła, palce nie dociągnęły i ruch niepewny. Bardzo bardzo irytujące.

No ale. Jeśli się nie wezmę i nie zrobię kilku notesów mniej udanych, to nigdy nie wrócę do robienia bardziej udanych, a ostatnie tygodnie, ku mojemu nieskończonemu zdumieniu, to jeden ciąg pytań, czy już robię notesy na nowo!

Więc nie mam zamiaru załamywać rączek, tym bardziej, że im to z pewnością dobrze nie zrobi, i tak czy inaczej wrzucam ku pamięci te tutaj nowe początki.

Jeden z nich oprawiłam w płótno (grzbiet)  malowane ręcznie na czarno, w cudowny marmurkowy papier (jak wspomniałam, dostałam prezent!) i ozdobiłam FIMO-wym medalionem z Insygniami Śmierci (Harry Potter), do czego zainspirowała mnie nowa Właścicielka jednego z moich notesów. Wyglądałoby to prześlicznie, tym bardziej, że wyklejka jest zjawiskowo piękna, ale oczywiście jak wyżej wspomniano, trochę mnie się rozlazło.

Drugi ma okładkę z dodatkową warstwą cienkiej gąbki, i oklejony jest płótnem malowanym na morsko-zielony kolor. Ma również piękną wyklejkę (papier Pepin wciąż mi bardzo pasuje do wyklejek, pod każdym możliwym względem). Uwaga – to ten notes, który pozłociłam! Mój pierwszy! Co zapewne widać, i nie jest to coś szczególnie korzystnego, ale jestem i tak bardzo zadowolona. Zaś wspomniana kilka wpisów temu zapomniana linia została uzupełniona pędzelkiem i jeszcze dodałam cieniowanie rysunku, co wyszło na dobre całemu ornamentowi.

Jak widać z powyższego, nie tylko perfekcja może przynieść satysfakcję – nawet, po prostu, kroczek naprzód, to zawsze już jest coś!