Pawie, prawie

w twardej oprawie – następnym razem lepiej się sprawię.

A tak serio, z tych haftowanych ptaków, no, domniemanych haftowanych ptaków, o  których pisałam czas jakiś temu, wyszedł nieduży, sympatyczny notes oklejony białym płótnem. Haftowany ptak zyskał małe szkiełkowe oczko (za radą mojej Siostry). Wcale nie wygląda źle!

Wyklejkę zrobiłam z ciemnozielonego papieru wytłaczanego w złote kwiaty. Bardzo on jest piękny i od dawna miałam ochotę coś z niego zrobić. Cieszę się, że akurat się nadarzyła okazja.

Jak poprzedni, i ten notes ma skórkową kapitałkę. Wkleiłam także zakładkę w srebrnozłotym kolorze. I już!

Na złoto i na złoto

i czy mi się nie znudziło, zapytacie? Otóż nie. I będzie jeszcze więcej na złoto. Na czerwonym i nie czerwonym, i na przeróżnie. A to dlatego, że tusz pod pędzelkiem to rzecz nadzwyczaj przyjemna.

Ten notes jest nieduży – pół zeszytu. Twarda okładka, malowane płótno. Papier jest kremowy i miły do pisania. Wkleiłam dwie zakładki – pomarańczową i czerwoną – i skórkowe kapitałki (z tych oszukiwanych, ale i tak ładnie wyglądają.

Wyklejka, ach, wyklejka jest z pięknego, wytłaczanego, pomarańczowego papieru i ładnie się komponuje z rysuneczkiem na okładce.

Innymi słowy, wciąż wspaniale mi się pracuje i wciąż mam z tego niebywałą radość.

Mrug, mrug

pawie oczko… Śliczny jest ten papier. Kupiłam go w zeszłym roku na Targach Książki. Opuściłam jak dotąd tylko jedne krakowskie Targi Książki – te pierwsze. Potem już nic mnie nie mogło skłonić do zignorowania ich, i czasami upoluję oprócz książek także piękne papiery.

Ten wystąpił już na tej stronie w kilku moich notesach – dwóch, trzech? Ale po raz pierwszy odgrywa podwójną rolę – wyklejki i obłożenia grzbietu.

Oprócz niego notes ma srebrną oprawę o wyraźnej fakturze, jak zmięty materiał. W środku jest jeden ze szpitalnych bloczków – w kratkę, z ręcznie dzierganą kapitałką w niebiesko-srebrnym kolorze, a zakładką jest niebieska, satynowa wstążeczka. W sumie daje to naprawdę przyjemny notes, w którym pewna miła Wiedźma z Warszawy może już wkrótce napisze sceny i notatki do swojej powieści, a ta powieść będzie naprawdę ciekawa (wiem to, bo czytałam fragmenty i omawiałam rzecz szeroko z Wiedźmą).

Nic nie powiem, tylko tyle, że będzie mi dziko przyjemnie, jeśli jakoś się przyczynię do zainspirowania owej miłej Wiedźmy! Niech się dobrze pisze!


Zasmoczenie

– tak można by określić to, co dzieje się z moimi notesami, kiedy się nie pilnuję. Ten zielony notesik w czerpanym papierze, o którym pisałam kilka wpisów temu? Jakoś mu się tak porobiło, że teraz zdobi go srebrny smok.

Rysunek jest wykonany moją ulubioną ostatnio techniką, metalicznym tuszem. Nie widać tego dobrze na zdjęciu, ale pięknie błyszczy i zielony, czerpany papier wygląda przy tym bardzo efektownie.

Biało na białym

wbrew pozorom wcale nie jest niewidoczne. Jak być może widać z moich wpisów, jednym z moich ulubionych motywów jest stylizowana ptica mgliście przypominająca coś między pawiem a feniksem. Już takie malowałam, wyklejałam, formowałam z fimo, a tym razem przyszła kolej na haft.

Zaznaczyć należy, że jak żyję niczego poza sprawnościami na mundurze nie haftowałam, a przynajmniej sobie nie przypominam, a ponadto zabrałam się za to od ręki, przy użyciu nici normalnie używanej do szycia składek, i na pewno nie będę się chwalić odwrotną stroną tego czegoś.

Niemniej jednak ptak wyszedł nawet przyjemny i wyląduje na notesie. A właściwie to nawet już wylądował, ale mam jeszcze pewne wątpliwości, czy na pewno jest skończony, więc na razie pozwolę sobie zamieścić pobieżne fotki z samego mozolnego ścibolenia.

Czerwona Księga… no, Książeczka

bo to niewielki notes – połówka zeszytu, ze standardowego papieru 80 g. Oprawiony jest w czerwone, ręcznie malowane płótno i twardą tekturkę. Ma wyklejkę z papieru Pepin, czerwoną satynową zakładkę – i ozdoby złotym tuszem, które ostatnio bardzo mi odpowiadają.

Początkowo chciałam tak tylko machnąć roślinkę czy dwie, ale jakoś mnie ogarnęły uczucia szerokie i burzliwe, a droga wiodła w przód i w przód skąd się zaczęła tuż za progiem, i wyrosło mi tam drzewo, i otworzyły się drzwiczki do hobbitowego domu.

Stąd mój sprytny wniosek, że ten notesik musi być wprost wyładowany inspiracją. Nie mam pojęcia, co dokładnie to spowodowało, ale efekt jest niezaprzeczalny.

Ale  w ogóle domki hobbitów doskonale pasują do notesów.

Pussy cat, pussy cat, where have you been? – I’ve been to London to look at the Queen.

Ten notes powędrował całkiem daleko, bo do Londynu, w ręce szalenie interesującej kobiety. Nie wystawiałam o nim wcześniej notki, bo powędrował w prezencie – a potem przygotowane zdjęcia jeszcze mi się dodatkowo gdzieś zapodziały i tak minęło już całkiem sporo czasu, i koci notesik pozostał niezaprezentowany.

Ale pamiętam, że był szalenie przyjemny w robocie. W twardej oprawie w płótnie, ze skórzanym grzbietem, ozdobiony znaną już moim Gościom metalową rameczką wywodzącą się z trzewi miksera, a w rameczce – portretem kotka na złotym tle.

Mam nadzieję, że służy dobrze!

WP_20161120_21_06_46_Pro WP_20161120_21_06_55_Pro

Mgławica

– czyli najbardziej przewidywalny efekt dziubrania się w farbach i ciapania nimi po płótnie. Dwa odcienie czerwieni z różowymi chmurkami. A tu i ówdzie kropki złotego tuszu. Całość bardzo przyjemna dla oka i serca.Okładka twarda. Grzbiet – z pięknej, wytłaczanej tapety w złotym kolorze.

W środku – kolejny szpitalny bloczek, z kancelaryjnego papieru w kratkę, wykończony ręcznie szytą oszukiwaną kapitałką. Którą następnie, żeby nie wszystko było takie znowuż idealne, zalałam sobie niechcący klejem.

Co zupełnie nie zmienia faktu, że jest to bardzo przyjemny notes, który efektownie się prezentuje i który mi się ogromnie miło robiło.

Zielenie, turkusy, otchłanie

– tak jakoś mi się myśli o tych dwóch niewielkich notesach. Ten na górze jest w półmiękkiej oprawie. Grzbiet ma z włoskiego, lekko błyszczącego na wzorach papieru podklejonego cienkim płótnem (tak, te paski na rogach również). Reszta obłożona jest ręcznie pomalowanym lnem, a do malowania dodałam również perłowej farby, więc wszystko lekko błyszczy. Słowem, jest to notes absolutnie bezwstydny i się świecący jak wóz cyrkowy i oczywiście jestem tym niezwykle ukontentowana.

Drugi jest na razie bez żadnych falbanek, a jego największą zaletą jest użyty do oprawy papier – bardzo ładny, zielony, z widocznymi włóknami, a kupiłam go w sklepie artystycznym na przecenie. Uwielbiam przeceniony papier w sklepach artystycznych. Nic a nic mi nie przeszkadzają wystrzępione krawędzie arkuszy, bo i tak je przycinam. Ani plamki, bo odwracam papier na drugą stronę, albo również przycinam. A zamiast płacić za arkusz powiedzmy dwa złote, płacę groszy trzydzieści, i wszyscy są szczęśliwi, i wyklejkę można zrobić bardziej ozdobną 🙂

Smok głodny być nie może

– i u mnie nie będzie! na tym małym notesiku ma co jeść – obok rysunku na tkaninie srebrnym tuszem przykleiłam trzy szkiełka – kryształkowe, prawda, boróweczki.

Notes jest może mały, ale sympatyczny. Obłożyłam go ślicznym, gładkim materiałem w fioletowym kolorze, a na wyklejkę zużyłam ostatni mój kawałek papieru Pepin z chińskiego zeszytu. Oprawka jest twarda. Jedynym brakiem jest brak zakładki, a to dlatego, że żywcem zapomniałam jej wkleić i zorientowałam się o wiele za późno; ale powtarzam sobie, że jeszcze smok mógłby sobie pomyśleć, że to smycz, a jaki szanujący się smok lubiłby chodzić na smyczy?!