Bubo bubo

Złocenia, tak sobie pomyślałam, szczególnie pasują do motywów przyrodniczych. I zabrałam się za szkicowanie na folii puchacza, bo puchacze są świetne, rozpoznawalne i interesujące.

Mają też do licha i trochę różnych dziwnych piórek i cieniowanych lotek, i gładkich pazurów, i puchatych podwójnych podbródków, ale to się okazało dopiero w trakcie, no ale w tym czasie to już byłam w połowie rysowania, i przecież nie wyrzucę całkiem dobrego kawałka folii do złocenia… Minęło niemało czasu i wiele skomplikowanych szyderstw na temat wyboru przeze mnie tematu, i mogłam już się zabrać za powtarzanie tego samego, psiakość, rysunku, tylko teraz trudniejszym sposobem, bo kolbą do wypalania 🙂

A pracowałam na bardzo pięknym notesie i byłoby mi ogromnie żal, gdybym go spsuła. Z kremowego papieru, dość gruby, z piękną wyklejką w stylizowane listki, wspaniale leży w ręce. Ma oprawkę z zielonego, malowanego płótna – w jaśniejszych odcieniach, niż moje dotychczasowe malowane materiały. Wydaje mi się taki trochę bardziej męski, a może po prostu – przygodowy? (bo mnie się mężczyźni kojarzą od dzieciństwa z dzielnymi inżynierami z Verne’a oraz Old Shatterhandem; ach, te późniejsze rozczarowania, kiedy odkryłam normalnych ludzi).

W każdym razie trud się opłacił. Złocenie wyszło jak należy, i notes jest jeszcze bardziej przygodowy, i dostojny Bubo Bubo łypie z okładki podejrzliwie.

Nie ma co, będzie więcej złoceń ornitologicznych.

Kochajcie wróbelka, dziewczęta!

Mam duży żal do cywilizacji, że pozbawiła nas stad wróbli. Ja jeszcze pamiętam z dzieciństwa stada wróbli, ale teraz zobaczenie choćby kilku naraz to już sensacja. Jakoś mi tak źle z tym faktem. Nie podoba mi się perspektywa świata bez wróbli.

Częściowo dlatego, a częściowo z powodu takiej sobie ot, letniej fantazji, wykończyłam złoceniem z wróblem  pewien zgrabny i bardzo udany notes. To ten mój ulubiony format oberżniętego do kwadratu zeszytu A5 – najnajlepszy i najwygodniejszy, jaki znam. Ma piękne, kremowe kartki 120 g, wyklejkę w indyjski wzór i satynową zakładkę. Oprawa jest z mojego malowanego płótna – i znowuż fotografia z jakiegoś powodu pokazuje ten kolor jako bardziej niebieski, niż morski, ja tego nie rozumiem 🙂 Ale jest bardzo ładna i złocenie ślicznie wyszło na tym materiale.

Jedno, co mnie trochę martwi, to fakt, że złoto z wróblem tak średnio idą w parze. Pewnie lepiej byłoby użyć kolorowej folii w  – bo ja wiem – popielatym albo brązowym kolorze. Ale może nie, może wróblowi należy się taka bardziej ozdobna forma, skoro w naszych zaroślach przestał już być pospolitym gościem, a zaczął – rzadkim ptakiem?…

 

 

Latarnia morska, gwiazda niewzruszona

– pozostaję w klimatach wakacyjnych. Bardzo lirycznie w dodatku, bo z mojego ukochanego sonetu Szekspira ten tytuł, a także ogólnie inspiracja, albowiem myślę ostatnio bardzo dużo o miłości.

Notesik nadaje się znakomicie zarówno do rysowania gwiazd niewzruszonych, jak do pisania sonetów – jest z białego papieru 120 g, czyli takiego troszkę sztywniejszego. Format ma mój ulubiony – oberżniętego o 1/3 zeszytu. To jest bardzo dobry format, wygodny do torebki, dostatecznie duży, żeby coś naszkicować.

Oprawiłam go w ciemnoniebieskie płótno – z tych ręcznie malowanych – więc jest niebieskochmurzasty. Początkowo chciałam ozdobić tę okładkę czymś bardziej oczywistym, na przykład gwiazdami, ale w końcu doszłam do wniosku, że lepiej będzie – pozłocić obrazkiem latarni morskiej.

Ma piękną wyklejkę z tego ślicznego włoskiego papieru w pawie pióra – już go kilkakrotnie używałam, zawsze z doskonałym efektem. Ma też oczywiście zakładeczkę. Nic mu nie brakuje, tylko sonetów w środku nowych, i gwiazdozbiorów naszkicowanych, albo czegoś w tym rodzaju…

Prób ze złoceniem ciąg dalszy

No na serio, nie mogę się oderwać od tego. A to sobie popróbuję tak, a to siak, a samych końcówek wypalarki mam osiem… Tym razem sprawdzałam, co wyjdzie, jak pozłocę na gorąco twardą okładkę w płótnie malowanym mieszanką farby i kleju.

I to chyba był najładniejszy jak dotąd efekt.

Użyłam najcieńszej końcówki, zrobiłam bardzo pobieżny szkic na folii i hajda. Wykończywszy podstawowe linie, zaczęłam dodawać drobniejsze cieniowania, podwójne kreski i tym podobne. Wszystkie wyszły bardzo cieniutko i delikatnie, więc tu i ówdzie poprawiłam po konturach trochę  mocniej. Jeszcze mi  kreskowania nie wszędzie wyszły idealnie, ale ten niesforny rysunek bardzo mi się osobiście podoba. Może najbardziej z dotychczasowych złoceń.

Sam notes to kolejny mały (A6) drobiazg w twardej oprawie płóciennej, ręcznie malowanej farbą i klejem. Rysunek liścia jest wyzłocony folią na gorąco. Wyklejka to delikatnie marmurkowy papier. Bloczek uszyty jest ze zwykłego papieru 90 g. Wszystko jest porządnie, solidnie wykonane i widać, że strategia ćwiczenia na małych zeszycikach (już ich mam 11) bardzo się opłaca. Ten notes jest znacznie lepszy, niż kilka wcześniejszych, a już się cieszę na takie, które będą od niego jeszcze lepsze w przyszłości.

Ale na razie ten jest naprawdę w porządku. No czy to nie jest coś, co człowiek by od razu chciał zapisać? Pewnie, że jest 🙂

Dla wtajemniczonych. Pod każdym względem.

Ha! To było coś szczególnego.

Żeby zrobić ten notes, musiałam zrobić coś, czego jeszcze nie robiłam, mianowicie zaprojektować sama kratkę do pisania po koreańsku. Potem jakoś to zszyć, żeby było równo, co niestety nie do końca się udało. No i potem zabawa ze złoceniem i malowaniem! Same wyzwania i ciekawe problemy, czyli coś, co uwielbiam.

Zeszyt do pisania koreańskich znaków dostał twardą oprawę oklejoną ręcznie malowanym płótnem – ostatnio ta technika naprawdę mi dobrze idzie. Na wierzchu jest baaaaardzo precyzyjnie zamówiony napis – cytat, który ma Odniesienia według życzenia Właścicielki. Całe szczęście nie po koreańsku, bo mogłabym napisać coś niestosownego – moja znajomość koreańskiego jest absolutnie żadna.

Zastanowiwszy się nad fandomem, z którego pochodzi cytat, wybrałam jako motyw złocenia więdnące niezapominajki. Akurat były tak uprzejme, że więdły mi na klombie przed domem, więc uharatałam sobie brutalnie jedną i zrobiłam złocenie. Potem poprawiłam i wycieniowałam złocenie tuszem, a same kwiatki pomalowałam specjalnie wymieszaną z perłową – niebieską farbą akrylową, cieniusieńkim pędzelkiem.

Baaaardzo długo mi nad tym zeszło, ale biorąc wszystko pod uwagę – zeszyt jest całkiem przyjemny. Następnym razem będę wiedziała już jednak, jak sobie radzić z nietypowymi kartkami, kratkowanymi nieregularnie i dziwnie, a w ramach przeprosin za eksperymentowanie na jej zeszycie wysłałam Właścicielce oprócz zasadniczego notesu – jeszcze bloczek równo przyciętych kartek z podobną kratką.

A tak wygląda ten notes (należy zerknąć na kraaaaatkę!):

Smoczo wygląda

Westchnę sobie… (wklej wzdychanie).

Smoki, cóż. Smoki są stałym motywem w moich notesach, ale czy to tak bardzo źle? Ten smok zalągł się nieśmiało na skórkowej oprawce całkiem zgrabnego notesu. Pierwszy raz oprawiałam w taką cieniutką skórkę (tu podziękowania dla Prawdziwego Introligatora, który mi ją dał) i na pewno w przyszłości wyjdzie mi to lepiej, ale nawet teraz uważam, że wcale źle nie jest. Żeby wszystko było lekkie do noszenia, oprawkę wybrałam półmiękką – w skórce powinna być dostatecznie mocna.

I na tej to skórce na dodatek znowu ośmieliłam się wyzłocić motyw złotą folią na gorąco. Oj, pięknie to wychodzi, jak się oczywiście, do licha, nie przyciśnie za mocno.W dwóch miejscach przycisnęłam trochę za mocno, niestety. No ale smok jest, złocisty jak się patrzy. Wygląda zza ozdobnej kreseczki trochę nieśmiało, ale może się przestraszył wypalarki?

W środku notesu też są ciekawe rzeczy. Jest z dwóch rodzajów papieru – gładkiego, 120 g i zwykłego kancelaryjnego w kratkę. Trochę to stwarza problemów przy klejeniu i przycinaniu, ale dla mnie to już nie jest kłopot – wyszło bardzo ładnie. Wyklejkę ma w kolorze khaki, albowiem założenie jest takie, że miał to być notes Męski. Bardzo. Myślę, że nie ma nic bardziej męskiego, niż zestawienie skóry i khaki, a przynajmniej nie w notesach, i jestem kontenta z efektu.

Którego może nie widać tak do końca, do licha, bo przy robieniu zdjęć potwornie wiało. Ledwie coś ustawiłam, a zaraz poryw wichrzyska mi przewracał, odchylał, wykrzywiał albo łopotał różnymi częściami – no zgroza. Mam jednak nadzieję, że widać przynajmniej po części, że to przyjemny jest notes, funkcjonalny, lekki i bardzo miły w dotyku (ach, ta skórka! nb wiedziałam o oprawianiu w skórkę, wydawało mi się, dostatecznie dużo, ale że się ją kremem nawilża, tegom wcześniej nie wiedziała i powiedział mi to dopiero Prawdziwy Introligator!).

Auuuu!

Złocenie jest bardzo ciekawą techniką i uczę się coraz więcej. Najtrudniej jest tak dobrać szkic, żeby najważniejsze kreski były jak należy złote, żeby dodać rysunkowi dynamiki delikatniejszymi kreseczkami – a wszystko to przy użyciu dość grubego narzędzia, które szybko zmienia temperaturę i trzeba sprytnie nim operować, żeby utrzymać je nie za zimne i nie za gorące… Auuuuuu!

To nie wilk, to ja zawyłam, kiedy sobie oparzyłam palec 🙂 Ale jak ze wszystkim – im więcej się próbuje, tym więcej pewności w ręku.

Ale to tylko złocenie, a ten notes w ogóle jest fajny – trochę mniej ozdobny, niż kilka poprzednich, ale starannie zrobiony i dobrze leżący w ręku.

Uszyłam blok z szarego papieru 120 g, wyklejki są z eleganckiego papieru z motywem złotego kółka. To dlatego złocenie na skórce, przyklejone na okładce, też jest okrągłe. Okładka jest twarda, a do jej obciągnięcia użyłam jednego z tych malowanych płócienek, które ostatnio suszyłam na sznurkach 🙂 Efekt jest naprawdę zadowalający – powściągliwy i stylowy. A ta zieleń jest naprawdę śliczna.

O, proszę:

 

Festina lente

albo: jeśli się już zrobiło z entuzjazmu te 298473871 potknięć, należy zastosować autoironię!

No daaaaalej mi krzywo to wszystko wychodzi, ale w przypadku tego notesu akurat nie zmartwiłam się za bardzo. Po pierwsze, bloczek już spisywałam na straty, i uratowało go tylko dość radykalne cięcie mojej Przerażającej Gilotyny. Po drugie, no, na czymś się trzeba uczyć, więc lepiej już na bloczku, który I Tak Nie Jest Idealny. Po trzecie – no jest krzywe, ale jakoś tak mi się podoba i może po prostu zachowam go dla siebie. Bo ma te fajne czarne i białe kartki, więc się będzie dobrze rysowało, i ciekawie. Albo się może kiedyś komuś spodoba.

No więc jedyne, co mi pozostało, to do złocenia na okładce domalować upomnienie w sprawie przyspieszania rozmaitych czynności w oprawianiu, czyli czegoś, czego się nie powinno robić, i potem cisnąć między stokrotki. O, tak:

Niby nieudane, ale jakoś się trzyma

Poniżej wklejam zdjęcia notesików, o których niedawno wspomniałam. Oba są ze ślicznego, popielatego papieru, zszytego jak trzeba, i na tym w zasadzie kończą się pozytywne strony. No bo tu krzywo, tu nie docisnęłam, tu nieznany papier mi się skandalicznie pofalował, tu kapitałki źle docięte – a wszystko to jak ręka drgnęła, palce nie dociągnęły i ruch niepewny. Bardzo bardzo irytujące.

No ale. Jeśli się nie wezmę i nie zrobię kilku notesów mniej udanych, to nigdy nie wrócę do robienia bardziej udanych, a ostatnie tygodnie, ku mojemu nieskończonemu zdumieniu, to jeden ciąg pytań, czy już robię notesy na nowo!

Więc nie mam zamiaru załamywać rączek, tym bardziej, że im to z pewnością dobrze nie zrobi, i tak czy inaczej wrzucam ku pamięci te tutaj nowe początki.

Jeden z nich oprawiłam w płótno (grzbiet)  malowane ręcznie na czarno, w cudowny marmurkowy papier (jak wspomniałam, dostałam prezent!) i ozdobiłam FIMO-wym medalionem z Insygniami Śmierci (Harry Potter), do czego zainspirowała mnie nowa Właścicielka jednego z moich notesów. Wyglądałoby to prześlicznie, tym bardziej, że wyklejka jest zjawiskowo piękna, ale oczywiście jak wyżej wspomniano, trochę mnie się rozlazło.

Drugi ma okładkę z dodatkową warstwą cienkiej gąbki, i oklejony jest płótnem malowanym na morsko-zielony kolor. Ma również piękną wyklejkę (papier Pepin wciąż mi bardzo pasuje do wyklejek, pod każdym możliwym względem). Uwaga – to ten notes, który pozłociłam! Mój pierwszy! Co zapewne widać, i nie jest to coś szczególnie korzystnego, ale jestem i tak bardzo zadowolona. Zaś wspomniana kilka wpisów temu zapomniana linia została uzupełniona pędzelkiem i jeszcze dodałam cieniowanie rysunku, co wyszło na dobre całemu ornamentowi.

Jak widać z powyższego, nie tylko perfekcja może przynieść satysfakcję – nawet, po prostu, kroczek naprzód, to zawsze już jest coś!