Ups! czyli o nieoczekiwanych zwrotach akcji

Docięłam sobie okleinę płócienną, bardzo ładną – dużo jej ostatnio używam – w ślicznym kolorze ciemnozielonym. I już miałam przyklejać okładkę, kiedy nagle zauważyłam, że Wszystko Mi Się Pomyliło: okleina zamiast mieć zapas na założenie za krawędź, nagle wylądowała jakoś tak, że do krawędzi zabrakło mi kilku centymetrów. A tu już reszta przyklejona, wciórności.

Ale naraz przyszło mi do głowy, że przecież wyklejka jest z bardzo ładnego papieru w zielony wzór – może by tak pomogła mi ta wyklejka? Jak zwykle, zostało mi jej właśnie kilka centymetrów. I w ten sposób powstał notes poniżej – ozdobiłam go złoceniem z drzwiczkami do hobbiciej nory, motyw, który bardzo lubię i który w różnych odmianach często stosuję.

I dobrze to wygląda z tym paskiem, i jeszcze bladozielonym papierem w środku, i jakbym się nie przyznała tu i teraz, to nikomu by do głowy nie wpadło, że sobie pomyliłam wszystko przy klejeniu.

Cykada

Mówiłam o chrzęszczących stworzonkach, prawda? Jak bym nie spoglądała na nie z rezerwą, są z pewnością bardzo interesujące graficznie.

Wzięłam się więc za cykadę. Owady jakoś tak mniej mnie onieśmielają niż stawonogi powiedzmy. A cykada jest bardzo złożona i ciekawa. Rysowałam ją i rysowałam, i wciąż nie byłam zadowolona, aż w końcu stwierdziłam: a do licha z tym, chwytam się za kolbę, pozłocimy, zobaczymy. I co się okazało? W wersji złoconej cykada wyszła całkiem fajnie. Może po prostu nie było jej pisane, żebym ją dobrze narysowała ołówkiem? Luksusowa bestyjka.

Notes sam w sobie jest przyjemny, nieduży, oprawiony w płócienną okleinę (wciąż tę samą gładziutką). Wyklejkę ma z papieru Pepin, który prawdę mówiąc w tej wersji błyszczącej jest odrobinę za cienki na wyklejki. No ale za to pasował mi wizualnie, więc już jest jak jest.

A cykada rusza czułkami złotymi, o tak:

Smok i gryf

Nie robiłam dotąd zbyt wielu notesów oprawionych w skórę. Z kilku powodów – skóra nie jest tania, to po pierwsze. Po drugie, wymaga sporo pracy i jeśli ktoś specjalnie nie chce skórzanej oprawy, to człowiek roztropny na ochotnika się nie zgłasza.

Niemniej jednak miałam okazję niedawno pracować właśnie nad skórą, i to taką, która wymagała ścienienia. Polega to na zestruganiu specjalnym nożem spodniej warstwy skóry, przynajmniej zaś na brzegach i w miejscach, gdzie płat skóry będzie się zginać.

Rany, jaka to jest robota! Nie bez powodu ludzie kupują skóry ścieniane maszynowo. Nie zmienia to jednak faktu, że zajęcie jest… dziwnie satysfakcjonujące. Człowiek zgarnia ze stołu te garście skórzanych farfocli i widzi elegancko wykończoną skórę i to jest naprawdę znakomite uczucie, a w szorowaniu ostrzem po skórze też jest element katartyczny.

Poza tym w ogóle to był notes wymagający sporo pracy i dający niemało satysfakcji. Sam emblemat wyzłocony na okładce zajął mi całe godziny rysowania (a przedtem studiowania gryfów i smoków), były go też trzy wersje. Szycia było co niemiara, oprawa to już wiadomo – no ale ostatecznie wyszło coś takiego:

Panience, na pamiątkę

Czy to nie jest absolutnie uroczy pomysł? Pewna pani opiekowała się malutką dziewczynką. Kiedy nadeszła chwila, że dziewczynka dorosła nieco i miała pójść do przedszkola, pani chciała dać jej coś na pamiątkę – coś wyjątkowego.

I postanowiła dać notes.

Miał być dziewczęcy, z ozdobami w ulubionych kolorach dziecka, ale też i taki, żeby nie wydał się jej infantylny, gdy dorośnie. Miał mieć też miejsce, żeby tam wsunąć wspólne zdjęcie.

Uznałam ten pomysł za bardzo piękny i naprawdę bardzo się starałam. Wszystko było robione z wielką uwagą – od doboru papieru, docinania kopertki na zdjęcie, ręcznego robienia wyklejek, przez dobór galanterii, dopasowanie etui i w końcu malowanie i złocenie inicjału.

W efekcie powstało coś takiego – myślę, że powinno spełnić swoją rolę. Bardzo mi się ten projekt podobał i ogromnie cieszył mnie kontakt z osobą przywiązującą taką wagę do relacji z bliskimi, do pamięci i do uczuć.

S….ssss…ssskolopendry

Niektórzy lubią kotki… Inni wolą koniki morskie… a jeszcze inni oprócz tego uwielbiają te przerażające, sześcio- i więcejnogie, chrzęszczące, biegające, machające czułkami… I taki jest ten niebezpieczny osobnik, dla którego popełniłam poniższy notes. Nie wiem, jak inni, ale ja czuję ostrożny respekt wobec ludzi, którzy mają takie hobby, jak owady, krocionogi i stawonogi. Oni opanują świat po prostu machając nimi przed oczami nieodpornych, zobaczycie, i będą się do mnie, przerażonej, uśmiechać z wyższością, gładząc oswojone skolopendry.

Niemniej jednak, trzeba powiedzieć że takie stworzenia się fantastycznie rysuje, również i na folii do złoceń. Naprawdę – rzadko co ma taki jakiś flow w rysunku jak te powtarzające się segmenciki, to prawie jak abstrakcyjny deseń.

Tak sobie mówiłam, złocąc poniższy notes dla znajomego młodego człowieka. Miał być z różnymi kartkami w środku – więc są i gładkie, i w kratkę, i w linię. Wybrałam płótno o pięknym kolorze, które już parę razy z sukcesem zdobiłam różnymi wzorami. Niestety, zdążyłam zrobić tylko pospieszne zdjęcie przed wysłaniem go, ale czy ktoś będzie mnie winił, że ostatecznemu efektowi nie chciałam się za bardzo przyglądać?

Dobranoc, lisku

Ufarbowane na brązowo płótno aż się prosiło o coś… jesiennego. Ale nie aż tak, jak powiedzmy kasztany, tylko… no… takiego luźno mi się kojarzącego z jesienią. I w końcu pomyślałam: lisek! Tak żeby sobie spał (bo jak wiadomo, kiedy idzie oto jesień, człowiek tylko leżałby i spał. No to pewnie lisek jeszcze bardziej).

Jest więc notes z liskiem, wyzłoconym na malowanym płótnie. Ma ten przyjemny format nieco mniejszy od zeszytowego, i jest zrobiony z kartek w kratkę i gładkich. No naprawdę, strasznie mi się to podoba – dokładnie w ten sposób najlepiej widać, jak bardzo inne są ręcznie robione notesy.

Wyklejkę też dobrałam tak, żeby pasowała do liska, i do jesieni (jeśli nie mam dobrego powodu, żeby tego nie robić, trzymam się chętnie papierów Pepin, o ile są na jakiejś przyjemnej wyprzedaży, do licha). Wykończyłam skórkową kapitałką i czerwoną zakładką.

Jest pod babie lato? Jest.

 

Myśli dobrze zabezpieczone

Kolejny z notesów inspirowanych tym pierwszym, ze smokiem, który miał kartki w kratkę oraz gładkie. Ten posunęłam o krok dalej i zrobiłam go z trzech rodzajów papieru: gładkiego, w kratkę i w szeroką linię. Powinno się w nim całkiem przyjemnie prowadzić różnego rodzaju zapiski.

Jest też fajnego formatu: trochę smuklejszy, niż przeciętny zeszyt. Bardzo lubię takie nietypowo przycięte notesy – ostatecznie od tego są ręcznie robione, żeby nie były jak wszystkie, prawda?

Potem dołożyłam okładkę z malowanego na czarno płótna i wyzłociłam na niej rysunek kluczy na kółku, bo tak złożony notes wydał mi się rzeczą wartą dodatkowych symbolicznych zabezpieczeń 🙂 na grzbiecie, nota bene, też ma malutkie złocenia.

Plus wyklejka ze stylizowanym, geometrycznym wzorem, i już jest całkiem fajny, oryginalny notes na bardzo sekretną i skomplikowaną umysłowość. O.

Coś dla siebie

Dostałam kiedyś od mojej ukochanej siostry trzy notesy Moleskine – duże, prawie A4, w kartonowej oprawce, z pięknego, kremowego papieru. Zużyłam je do różnych rzeczy, ale z jednego została mi część niezarysowanych kartek. Szkoda mi ich było, a akurat nie mam melodii do dużych formatów, więc wycięłam je starannie i uszyłam z nich sobie nowy notes do torebki.

Nie tylko zresztą papier od siostry, okładka jest też rodzinna: z tapety od cioci. Śliczna, niebieskopopielata, miła w dotyku. Pozłociłam okładkę rysunkiem paproci, czymś bardzo dla mnie osobistym i bardzo przytulnym, i dodałam wyklejkę z pawimi piórami. Wszystko to się dla mnie składa na przedmiot budzący jakoś tak poczucie bezpieczeństwa, intymny i przyjazny, aż prawie mruczący dobre słowa, kiedy się go weźmie do ręki.

Więc na pewno zachowam ten notes dla siebie. Każdemu potrzeba czasami takich swoich, swojskich przedmiotów, które same przytulają się do dłoni.

Zawsze, kiedy robię notes dla określonej osoby, staram się włożyć w tę pracę szczególnie dużo miłości i zaangażowania. Wierzę, że jeśli tak zrobię, to nowy notes będzie taki – prawdziwszy, przyjaźniejszy i bardziej prywatny. Że będzie po nim widać moją życzliwość i zainteresowanie tym, co się znajdzie na zszytych przeze mnie stronach. Mam nadzieję, że Właściciele tych notesów jakoś to wszystko poczują, bo sobie samej właśnie też sprezentowałam taki wymowny i pełen znaczeń egzemplarz i jak najbardziej czuję to, jak tylko go otwieram.

Za dużo filozofowania nad prostym wyrobem papierniczym? Może, ale przekonałam się, że ręcznie robione przedmioty w ogóle tak mają i – tak trzeba nad nimi pracować.

 

Z miłorzębem

Drugi z notesów wyciętych ze starego brulionu, wspomnianych w poprzedniej notce, jest nieco mniejszy. Dlatego podczas przycinania zrobił się jakiś taki nieproporcjonalnie długawy i go przycięłam. To pozostawiło mnie w posiadaniu niedużego pęczka równiutko ściętych karteczek, za dużych żeby je tak po prostu wywalić, ale za małych na szycie samodzielnego notesu. Hmm.

Najpierw więc oprawiłam zaplanowany notes. Jest bardzo przyjemny i poręczny – ma ozdobne wyklejki i twardą oprawkę, obciągniętą ręcznie malowanym płótnem. Czy nie wyszło ładnie? Mnie się bardzo podoba, trochę jak wschód słońca. Na to poszło złocenie – starannie wyrysowany liść miłorzębu, co zaproponował mi młodszy synek.

No ale jeszcze zostały te karteczki! Skleiłam je więc starannie w bloczek i dodałam okładkę z tego samego papieru ozdobnego, z którego zrobiłam wyklejki – akurat zostało tyle dużych ścinków, że się wszystko pomieściło. I w ten sposób zrobił mi się zestawik dwóch notesów, a właściwie notesu i bloczku kartek, co wygląda bardzo uroczo i co chyba będę co jakiś czas powtarzać, bo naprawdę mnie cieszą takie komplety. O, proszę – czy nie wygląda to przyjemnie?

Ślimaczku /Wspinaj się na górę Fuji /Ale powoli, powoli!

Bardzo lubię to haiku. Bardzo. Chociaż, jako że jestem posiadaczką ogrodu, moje uczucia do ślimaków są mocno powściągliwe. No, mało entuzjastyczne. No, może tak trochę je wyrzucam za furtkę. Ślimaki, nie uczucia. No nie, nie, nie, nie kochamy się ze ślimakami. Lecz kochamy się z haiku.

Niemniej jednak te w skorupkach, ślimaki, nie haiku, są do zniesienia, a poza tym są bardzo interesująco skomplikowanymi stworzeniami w sensie plastycznym, i zapragnęłam sobie takiego umieścić na notesie.

Notes jest w kratkę, ze zrecyklingowanego brulionu. Wycięłam z niego dwa zbliżone do kwadratu notesy i to jest właśnie pierwszy z nich, nieco większy. Ma, jak sądzę, ze czterdzieści kartek może.

Nie ma za to zakładki, bo uznałam, że skoro już zdecydowałam się na podstępnego ślimaka, to należy go, notes, nie ślimaka, zawiązać dla bezpieczeństwa wstążkami, żeby ślimaki nie nalazły do środka i nie zajęły miejsca przeznaczonego na Poważne Notatki. No więc są satynowe, pomarańczowe wstążki do wiązania. W środku piękna wyklejka, nie ślimaki.

Okładka jest twarda, obciągnięta pomalowanym ręcznie akrylami płótnem. Jak widać, smugi nadal rządzą, tylko tym razem zestawiłam je  nieco śmielej 🙂 No i oczywiście ślimak – wyzłocony na gorąco folią. Mam wrażenie, że coraz lepiej mi te złocenia wychodzą.

No i tak powstał cały notesik – pewnie pasuje najlepiej do powolnych i spokojnych refleksji.

Albo ewentualnie do nieopanowanego wyżerania sałaty i astrów, kto wie.