Wybryk i wierzgnięcie

Zestawienie kolorów: niebieskiego, zielonego i pomarańczowego ma swoje zastosowania, i owszem, ma, ale w notesie? Ryzykowne! Wybryk! Wierzgnięcie! Tym bardziej, że pomarańczowy jest w nim papier. I zakładka, i kapitałki, ale jednak przede wszystkim papier.

Jak coś dopasować do pomarańczowego papieru? No na przykład tak.

Papier pochodzi ze wspominanych już paczek-niespodzianek z hurtowni i ma fajny odcień, nie żarówiasty, a żywy, i na tyle jasny, że powinno się po nim dobrze pisać i rysować. A okładka, oprócz pięknej zielono-złotej okleiny, ma też arkusik najpiękniejszego z moich klajstrowych papierów. One mają, zwłaszcza po wypolerowaniu woskiem, fantastyczną fakturę i przepiękne ziarno w jaśniejszych miejscach. Muszę sobie zrobić jeszcze trochę klajstrowych papierów, ale to może jak przyjdzie wiosna i będzie można suszyć je na polu. Ach, już się na to cieszę.

Białe frezje

To nie jest oczywisty kwiat, żeby go tak naprawdę lubić. Frezje się kojarzą z grzeczną wiązanką, w której robią za pachnące uzupełnienie. Ale pewnego razu, będzie może ze dwadzieścia lat temu, zobaczyłam kiedyś na targu frezje w ogromnych pękach, zdumiewająco niedrogie w porównaniu do kwiaciarnianych pojedynczych gałązek. I, ponieważ wybierałam się właśnie do babci na imieniny, kupiłam taki wielki pęk, i potem przez całą drogę żałowałam, że będę musiała się z nim rozstać :). Pomijając to, że pachniały na cały tramwaj – wszystkie głowy się obracały – to emanowały takim subtelnym wdziękiem, wyglądały tak uroczo bez żadnych ozdób ani innych kwiatów, że od tej pory zagościły na stale wśród najulubieńszych moich kwiatów – obok konwalii, piwonii, jaśminu, przebiśniegów…

I są bezsprzecznie eleganckie, co spowodowało, że musiałam pewnego razu koniecznie użyć ich jako wzoru wyklejki do notesu w zamyśle eleganckiego. Problem w tym, że drukarki używamy w domu wszyscy razem z kilku komputerów, więc moje bladoróżowe kartki na wyklejki zostały niechcący wciągnięte już nie pamiętam na jaki to wydruk szkolny któregoś z oburzonych synów, a moje frezje wydrukowały się na białym papierze ogólnym. Oczywiście wydrukowałam na różowo po raz drugi, ale wydruku na białym nie wyrzucałam. I proszę! Wykorzystałam tę pomyłkę w tym oto przyjemnym notesie. Grzbiet ma w czarnej okleinie odzyskanej z mężowskiego firmowego kalendarza, resztę – w okleinie bieluśkiej. Wyklejki są, jako się rzekło, biało-czarne, a papier – popielaty. Do tego biała zakładka w czarne kropki i całość jest bardzo smaczna.

Tak, jakby w monochromatycznej zimie człowiek zatęsknił sobie za zapachem frezji.

W fioletowe prążki

Naprawdę, papiery klajstrowe zrewolucjonizowały mój warsztat. Tak się ich świetnie używa! Uszlachetnione pszczelim woskiem, wyglądają naprawdę elegancko.

Ten notesik jest właśnie w takim nawoskowanym papierze. Bardzo dobrze to pasuje do pozostałych jego elementów – papieru eko, lekko popielatego, i wyklejki z papieru Pepin o niezwykłym, srebrno-fioletowym wzorze.

Wykończony bladofioletową wstążeczką, notesik jest wprawdzie nieduży, ale bardzo przyjemny – lekki, wygodny i, przez ten fioletowy papier, stylowy.

Róże różowe

A ten notes jest różowy.

No, niezupełnie calusieńki, ale bez wątpienia przewodnią rolę w jego wyglądzie odgrywają różne tonacje różu, oraz motyw róż. Wszystkie te róże oczywiście rysowałam osobiście – na wyklejkach, na papierze z okładki – jako GIMPowy pędzel, a na płótnie grzbietu – pędzelkiem i akwarelą.

Co więcej, róż jest też w środku – papier, oprócz białego, jest i w dwóch odcieniach różowego, a przekłada je różowa zakładka.

Uważam zresztą, że biało-różowa tonacja bardzo się ładnie w notesach sprawdza, więc w tym dałam jej pozycję centralną i wydaje mi się, że efekt potwierdził słuszność tej decyzji.

Błękity swobodne

Kupiłam papier na kilogramy. Nie powiem, gdzie, ale mam taką hurtownię, która sprzedaje papier na kila za okazyjną cenę – kruczek jest w tym, że są to nieposortowane kolory, gramatury i niedoróbki. Oczywiście zdarza się, że w ten sposób uzyska się np. 10 kartek pięknego papieru, ale z wadą – zagięciem przez sam środek. Ale zwykle rzecz wymaga tylko chwili na posortowanie zdobyczy, a niespodzianki są przy tym fantastyczne.

I tym razem zdarzyła mi się taka niespodzianka: otóż w paczce znalazłam papier barwiony w masie, ewidentnie niedorobiony, może z wierzchu stosu? Na kolor błękitny. Niedorobienie pozostawiło lekkie ziarno, a poza tym… przepiękne chmury! W ten sposób uzyskałam papier chmurzysty jak niebo.

Od razu coś zaczęło we mnie pokrzykiwać z entuzjazmem: jas-kół-ki! jas-kół-ki!!!

Namalowałam więc tuszami jaskółki w różnych ujęciach i zrobiwszy z nich pędzel do GIMPa, zajaskółkowałam wyklejki.

Do tego idealnie przypasował mi papier klajstrowy na okładkę, z jakby wichrzystym wzorem. Do tego lekko przetarta okleina z odzysku i zakładki, żeby dobrze furczało, i już się zrobił notes wietrzny, powietrzny, swobodny! Bardzo mi się on podoba. Ma okładkę wyłożoną gąbeczką pod tym klajstrowym papierem i miło się go trzyma w ręku, a jest naprawdę ładny.

I te jaskółki. I papier chmurzysty.

Do nowej pracy

Czasem nowa praca nie jest perspektywą tyleż ekscytującą, ile budzącą pewne wątpliwości, a może i niepokoje. No… często. Oczywiście, wiele jest sposobów, aby się na nowym stanowisku poczuć pewniej, ale moim ulubionym jest taki, żeby te wszystkie nowe rzeczy sobie notować w czymś naprawdę przyjemnym, najlepiej zaś – ręcznie zrobionym notesie.

Niektóre firmy dają nowym różne takie papiernicze, i nie przeczę, że jest to miły gest, ale jednak co ręcznie zrobione, to ręcznie zrobione, i na przykład w moim krótkim korpo-epizodzie wolałam sobie notować w zeszycikach własnego wyrobu, niż w dostarczonym mi kołonotatniku.

Ten notes ma służyć właśnie podobnemu celowi – żeby te wszystkie nowe rzeczy lądowały w czymś ładnym! Papier jest stary, kremowego koloru, wyklejka – błyszcząca i perłowa, a na zewnątrz mamy batikowy wzór na papierze Pepin, w seledynie i czerwieni. Stąd i zakładki są takie zielononiebieskie, i całość w zamierzeniu ma się kojarzyć spokojnie, miło i być jak krzepiące poklepanie po plecach 🙂 Jest spory – trochę mniejszy niż A4, ale nie bardzo ciężki.

A ponieważ ten stary papier miał na dwóch kartkach zaplamiony rożek i nie udało mi się go przyciąć, obcięłam rożki w kształt kocich łebków, ażeby w środku czekało coś żartobliwego.

Po dostarczeniu do właścicielki czekała mnie jeszcze jedna miła niespodzianka – otóż chwyciła ona za przybory i dodatkowo sobie ten notes spersonalizowała, kolorując motywy na okładce. Czy może być coś bardziej indywidualnego? Jestem zachwycona – kiedy moje notesy wchodzą w interakcję z właścicielami, kiedy się zmieniają i stają bardziej ich, to jest właśnie TO 🙂

Nieoczekiwane pożytki z zeszłorocznych kalendarzy

Dostałam pod choinkę piękne, piękne papiery – trochę ryżowych i dwa zeszyty papierów Pepin – chińskie i japońskie. Japońskie mnie zaskoczyły, chociaż wydawało mi się, że widziałam dość dużo japońskich wzorów! Te, które mam w moim nowym zeszycie, są śmiałe i wyraziste, i bardzo inne, i w związku z tym szalenie inspirujące.

Mąż mój wyrzucał również – jak to na koniec roku – stary firmowy kalendarz. Jego była firma nie oszczędzała na materiałach i kalendarz był obłożony w śliczną, skóropodobną okładzinę, czarną i mięciutką. Jak już pewnie wie, kto mnie odwiedza, jak widzę nadające się jeszcze do użytku materiały introligatorskie, rzucam się na nie, wybebeszam, sortuję i używam. Od razu mnie się ta czarna nibyskórka rzuciła w oczy.

Brzeg kalendarza miał kwadratowe dziurki – na spiralę. Już-już miałam je odcinać, kiedy nagle! Nagle! Zobaczyłam naraz jednym błyskiem ten brzeg z kwadratowymi dziurkami i jeden z japońskich papierów – taki w ryby i fale, ale czarno-biały i z delikatną siecią w tle. Aha! – pomyślałam błyskotliwie.

Miałam uszyty bloczek papieru, naprzemiennie białego i szarawego eko. Dodałam do tego wyklejki z papieru, który wpadł mi w oko i tego samego papieru postanowiłam użyć na okładkę, ale tak, żeby kwadratowe wycięcia na brzegu pokazywały też ten papier. Normalnie bym oczywiście zlicowała dwa materiały różnej grubości, żeby na okładce były na jednym poziomie, ale nie tym razem! Papier wygląda spod krawędzi, ona się odcina wyraziście, i to jest TO.

Proszę tylko popatrzeć (mnie się strasznie podoba):

Liściasty

Otrzymałam zamówienie od bardzo mi miłej koleżanki, którą podziwiam z całych sił od dawna. Jest niesamowita! Próbowałam to jakoś opisać nie wchodząc w zbyt rozpoznawalne szczegóły, ale nijak mi nie wychodzi, więc musicie uwierzyć mi na słowo 🙂 I dla niej musiałam zrobić coś Specjalnie.

Zażyczyła sobie Ona obrazka z roślinami na okładce, więc właściwie wszystko już zrobiłam tak roślinnie, jak się tylko dało.

Wydrukowałam bardzo liściasto-organiczną wyklejkę na seledynowym papierze. Narysowałam i pomalowałam akwarelami obrazek (zajęło to trochę, ale też jest to może mój ulubiony styl rysowania i każda chwila była przyjemnością). Potem jeszcze w samym notesie, zgodnie z zamówieniem, narysowałam trochę niewielkich rysuneczków, również o przyrodniczej tematyce (może poza myszą-baletnicą, która wprawdzie z fauny, ale kulturowo przetworzonej i nie jestem pewna, czy się liczy).

I jak już było wszystko zrobione, to uznałam, że nie jest jeszcze wystarczająco Jeden Jedyny. I wycięłam osiemdziesiąt listków z kilku rodzajów zielonego papieru, i przykleiłam dookoła obrazka na okładce 🙂

Uważam, że to było Właśnie To.

Czerwone kwiaty i dużo malowania

Zapotrzebowanie było jasne. Należało działać szybko, więc zamiast drukowania templatek i ich szycia albo tym podobnych trzeba upolować normalny kalendarz, wyciąć go z okładki, doszyć większą ilość kartek gładkich, a następnie całość dla niepoznaki oprawić na nowo.

Tak zrobiłam. Okazyjnie nabyłam kalendarzyk, wyprułam z niego wnętrze, śliczną okładeczkę odkładając sobie na później. Doszyłam kilka składek białego papieru i wszystko przycięłam do jednego formatu. Ponieważ część kalendarzowa miała różne paski i inne takie z boku bloku, a część biała nie i wyglądało to niespecjalnie ładnie, pomalowałam krawędzie (na zdjęciu wygląda, jakby te paski były nadal widoczne, ale są tylko przy rozłożonych kartkach 🙂 ). A jak tak już malowałam krawędzie, to pomyślałam sobie, że oprawię też w malowane płótno. Akurat miałam kilka arkuszy ręcznie zagruntowanego płótna w sympatycznym brzoskwiniowym kolorze. Aha! Na coś takiego nie można pastelowymi kolorkami, to znaczy można, ale dlaczego, skoro da się też zrobić płomieniste kwiaty?

I takie to płomieniste kwiaty na tym płótnie namalowałam moimi wiernymi akwarelami.

Do tego jeszcze grzbiet z fałszywego zamszu bardzo ładnego, i wyraziste elementy wykończenia – i zrobił się notes z charakterem. I z kalendarzem. Tak to się prezentuje:

Optymizm jest trudniejszy

Muszę powiedzieć, że kiedyś nie doceniałam optymizmu i wydawał mi się on cokolwiek niewyrafinowany (młody był człowiek i mroczny). Dopiero z wiekiem dotarło do mnie, ile optymizm wymaga od człowieka charakteru i wysiłku. Czasami wysiłek wydaje się wręcz kolosalny. I wtedy pomaga, kiedy człowiek otoczy się jasnymi kolorami, harmonią, pogodną atmosferą, a jeśli naprawdę wie, co dla niego dobre, to też i kotami.

Jasne kolory, optymizm i koty to myśli przewodnie tego tu oto notesu. Jest nieduży, bo do torebki, ale myślę, że emanuje całkiem dużą dawką optymizmu.

Po pierwsze, koty. Jest tu wyklejka, którą już raz wykorzystałam na pomarańczowym papierze – tu mamy ją w wersji kolorowej na białym i też wygląda bardzo fajnie. Koty są również na okładce – wyzłocone, skłębione i wesołe.

Po drugie, kolory! Ciepły żółty, niebieski (klajstrowy papier w listki) i różowy (pasek mojego ręcznie malowanego płótna) razem tworzą całkiem wesołe zestawienie.

Po trzecie, przy robieniu notesów na optymizm mnie samej jest od razu bardziej optymistycznie i następuje sprzężenie zwrotne – dobry nastrój włazi między kartki, skąd mruga na mnie, a ja na niego, on się mnoży – te klimaty. Mam wielką, wielką nadzieję, że to się czuje.