– skoro dałam radę z Pyrkonem (kogo oszukuję, dałam radę wyłącznie dzięki pomocy i opiece Wiedźm Wielkopolskich, którym nie przestanę za to być wdzięczna)…
To tym razem całkiem sama zapraszam na tegoroczny Falkon – na stoisko h10! W dniach od 4 do 6 listopada będę tam sobie względnie spokojnie drżała nad pewną ilością notesów, w tym nad znakomitą większością tego, co na tej stronie ostatnio prezentowałam, i nad niektórymi innymi. W planach także: możliwość wybrania sobie ozdób na nieozdobiony notesik, do przyklejenia na miejscu, różne drobiazgi i malowanie zakładek.
Jak pewnie wiele osób, wychowałam się na Narnii. Uprawiam z nią długoletnią Hassliebe, przechodzę przez kolejne etapy interpretacji… No ale czegoś takiego jak Narnia się nigdy do końca nie odrzuca (chociaż po przeczytaniu oryginału tłumaczenie Polkowskiego jakoś mi nie smakuje).
Cóż dziwnego, że czasami mi się też i jakaś Narnia przemknie do notesików?
Lwy są oczywiście jeszcze jedną próbą zrobienia Dzikiej Bestii, ale tym razem niech będzie, że mogą ostatecznie się nadać 🙂
– albo po prostu niekończąca się telenowela pt. Próbuję stworzyć jakiś dziki wizerunek, wychodzi łagodna istota, zamiast krwi pragnąca wyłącznie chrupek.
Na Pyrkonie pytali mnie różni ludzie, czy nie zrobiłam aby czegoś z wilkiem (no bo to jak nie Starkowie to Wiedźmini i tak dalej), ale przez jakiś czas nie czułam się na siłach w realistycznych wizerunkach zwierząt w fimo, skoro się również nie czułam zbyt mocna w ich rysowaniu. Aż wreszcie pomyślałam sobie: kobieto, ty? Ty, która nauczyłaś się najpierw nurkować, bo się bałaś pływać? Miałabyś się cofnąć przed płaskorzeźbami tylko dlatego, że rysowanie nie teges? O, nie.
No więc wzięłam się do roboty i okazało się, że wychodzi całkiem nieźle, tylko właśnie… jest ten… niewielki problem… że ten wilk… to mi wyszedł taki… eeee… jakiś udomowiony chyba, a w każdym razie taki… łagodny i przytulny.
Do kroćset. Zawezmę się i jeszcze kiedyś zrobię coś naprawdę, naprawdę koszmarnego.
A wilk wylądował, o, tu, na tym czarnym notesie z czarnymi kartkami. Trochę słabo widać, że medalion jest złoty, ale ogólnie uważam notes za udany.
– ach, no bo tak czułam, że ta zielona okładka dużego notesu z ostatnich już składek starego komputerowego papieru potrzebuje czegoś sympatycznego. Na przykład cytrynowego smoka, który zanurzył łapki w wyklejce albo grzbiecie i zostały mu srebrne.
Smok jest z fimo, podmalowany lakierem i tuszem, i mam dla niego wiele życzliwości. Oczywiście to typowe, że chciałam sympatycznie, więc mogłam zupełnie spokojnie zabrać się za dzierganie przerażającej, ziejącej ogniem bestii, bo i tak wiedziałam, że w moim wykonaniu będzie milusia i bezpieczna dla dzieci przedszkolnych. Do licha.
– zostały mniejsze kawałki pięknych papierów i zrobiłam notesik. Jest nieduży, ale całkiem zgrabny. Niedawno zakupiłam kilka ryz sztywniejszego papieru – czarnego i białego, 170 i 180 g., więc można sobie nawet i malować na nim. Sęk w tym, że taki gruby papier wymaga jednak – tak mi się wydaje – raczej większego formatu, powiedzmy – zeszytowego co najmniej. Więc większość notesów jest ostatnio właśnie taka.
Ale czasem zostają mniejsze bloczki i może znajdą zastosowanie w jakiejś torebce obok samotnego markera i flamastra – tym bardziej, że fimowy kwiat na okładce, z dodaną znaną nam już świecącą masą oraz trzema szkiełkami, sam w sobie się całkiem ładnie prezentuje.
– w każdym razie tak zwykle bywa z większością notesów, jak wynika z mojego doświadczenia 🙂
Wprawdzie od czasu postępującego efekciarstwa i spłycenia serialu nie jestem już tak na bieżąco, ale „Doctor Who” zawsze zostanie dla mnie czymś istotnym, nie da się ukryć. Cudowna mieszanina absurdu, błyskotliwości, kiczu i emocji, jaką poznałam dzięki Dziewiątemu i Dziesiątemu Doktorowi to estetyka jedyna w swoim rodzaju – i po prostu zawsze mi serce drgnie na widok niebieskiego światełka śrubokrętu sonicznego i rzężenia TARDIS.
I od czasu do czasu i na moich notesach wyląduje niebieska budka policyjna, bo czemu nie.
– czyli jakoś tak mnie naszło na mrocznych czarodziejów. Jeden z tych notesów ma wręcz czarne kartki! Bardzo, bardzo mroczne.
No ale na fali baśniowych nastrojów wszystko pasuje; a mroczni magowie to jest coś, co bardzo się przyjemnie modeluje z fimo. Te fałdy i powiewające szmaty to cieniusieńko rozwałkowana masa, potem układana starannie przy użyciu rozmaitych narzędzi. Wydaje mi się, że wyszło to wszystko całkiem ładnie.
– bo czasem się człowiek poczuje tak, jakby należało w trybie natychmiastowym napalić w piecu, zaparzyć dzbanek dobrej herbaty i poświęcić się podstawowej czynności definiującej człowieczeństwo: snuciu opowieści. Prawda?
A oczywiście z tym się natychmiast kojarzą baśnie, a z baśniami – określona symbolika i estetyka. Tak się składa, że mnie z baśniami akurat w tej chwili kojarzy się książka z dzieciństwa: „Apolejka i jej osiołek” Marii Kruger, z ilustracjami Zdzisława Witwickiego.
Tak sobie o tej wdzięcznej książeczce myślałam, i myślałam, i w końcu ręce mi same jakoś tak skręciły w stronę tych okrągłych drzewek z narysowanymi pniami, i zrobił się baśniowy zamek na notes o morskim kolorze.
A ornament z drugiego notesu jest jakiś, do licha, pechowy. Zrobiłam go bardzo dawno temu i próbowałam dopasować już chyba do dwóch pudełek i notesu, i za każdym razem coś się takiego wydarzało, że musiałam go odłupać. A przecież jest całkiem udany, naprawdę mi się podoba. Więc spróbowałam jeszcze raz… A nuż tym razem będzie już na swoim miejscu.
– zawsze mi się podobają sytuacje, kiedy coś do siebie nie powinno w ogóle pasować, a pasuje.
Tak jak w przypadku tego małego notesu, który ma kwiatową, chińską wyklejkę – a okładkę z szarej, wytartej skórki i płótna, ozdobioną dwoma kółkami wydłubanymi z trzewi jakiegoś miksera. Albo malaksera. No w każdym razie okładka jest dość surowa w wyglądzie, a ten frywolny wzór wygląda spod spodu bezczelnie i kwiatkami macha.
No ale sprawdzałam papiery metaliczne, pasiaste, pakowe, z mżącymi wzorami – i nic do tej wyklejki nie pasowało, wszystko wyglądało jakoś tak… tępo. Mało wyraziście. I co? I chiński piękny wzór w piwonie okazał się idealny. Tak mi się przynajmniej zdaje, że to dowcipne i fajne, bo w jakiś nie do uchwycenia sposób mam wrażenie, że metalowe kółka na okładce tak się jakby kojarzą mgliście ze wzorem z wyklejki.
Już wkrótce: hafty w spadku, czyli bardzo udany eksperyment.
– oczywiście o tyle mroczne, o ile w ogóle potrafię zrobić coś mrocznego. Nie bardzo, prawdę mówiąc, potrafię. Kiedy rysuję smoki, praktycznie zawsze są sympatyczne z mordki. Potwory wychodzą mi raczej śmieszne niż straszne. I praktycznie jedyne, co mniej więcej mi wychodzi, to możliwie realistyczne szkielety i ich elementy, no bo tego się trochę nie da dosłodzić. Chyba.
Efekt jest taki, że długo się biłam z myślami, co zrobić z dwoma notesami które mają Czarrrrrrrrne Karrrrrrrtki.
Na Pyrkonie pytano mnie o takie notesy, więc stwierdziłam, że dlaczego miałabym nie spróbować? Zrobiłam na razie takie dwa, mniejszy i większy. Obydwa są z 120 g papieru (czyli jak blok techniczny), obydwa w twardej oprawie, i obydwa ozdobiłam ptaszydłową tematycznie fimową galanterią.
Bo w końcu się zdecydowałam na Mroczne Ptaszydła. Dokładnie zaś: za jedno mroczne ptaszydło i jedną czaszeczkę mrocznego ptaszydła. Co więcej, wykorzystałam do nich świecące w ciemności mroczne fimo! Zatem czaszka, jak też i oczy, szpony i dziób ptaka, są świecące 🙂
A jak mi jeszcze została wolna chwila, to zrobiłam dodatkową czaszeczkę i ona też świeci. Jeszcze nie wiem, co z nią zrobię, bo jest taka fajna, że szczerze przyznam, że normalnie bym chętnie nosiła ją sobie na łańcuszku albo coś. Zwłaszcza w ciemności.