Z miłorzębem

Drugi z notesów wyciętych ze starego brulionu, wspomnianych w poprzedniej notce, jest nieco mniejszy. Dlatego podczas przycinania zrobił się jakiś taki nieproporcjonalnie długawy i go przycięłam. To pozostawiło mnie w posiadaniu niedużego pęczka równiutko ściętych karteczek, za dużych żeby je tak po prostu wywalić, ale za małych na szycie samodzielnego notesu. Hmm.

Najpierw więc oprawiłam zaplanowany notes. Jest bardzo przyjemny i poręczny – ma ozdobne wyklejki i twardą oprawkę, obciągniętą ręcznie malowanym płótnem. Czy nie wyszło ładnie? Mnie się bardzo podoba, trochę jak wschód słońca. Na to poszło złocenie – starannie wyrysowany liść miłorzębu, co zaproponował mi młodszy synek.

No ale jeszcze zostały te karteczki! Skleiłam je więc starannie w bloczek i dodałam okładkę z tego samego papieru ozdobnego, z którego zrobiłam wyklejki – akurat zostało tyle dużych ścinków, że się wszystko pomieściło. I w ten sposób zrobił mi się zestawik dwóch notesów, a właściwie notesu i bloczku kartek, co wygląda bardzo uroczo i co chyba będę co jakiś czas powtarzać, bo naprawdę mnie cieszą takie komplety. O, proszę – czy nie wygląda to przyjemnie?

Bazyliszek a sprawa polska

Patriotyzm lokalny to mój ulubiony rodzaj patriotyzmu. Mieszkając w Wieliczce, a wcześniej w Krakowie, zaliczam się oczywiście do krakowskiego grajdołka kulturowego i kocham wielką miłością niektóre jego kawałki. Te, których nie kocham, traktuję mniej więcej tak, jak tradycja nakazuje traktować niesfornych członków rodziny: no wywraca człowiek oczami, ale im przecież pozwala opowiadać tę samą historyjkę po raz 45, znajdzie miłe słowa dla nowego wazonu i przygotuje dwie miski sałaty, bo wiadomo, że babcia jedną zje sama.

Mam takie podejście do legend krakowskich. Słyszałam je od dzieciństwa i przegryzłam się już nie na drugą, ale trzecią ich stronę. I uważam, że one się lenią! One się nie prezentują auto! Do czego to dochodzi – jak spyta się przeciętnego, polskiego zjadacza chleba, z czym mu się kojarzy pliniuszowy Bazyliszek, to stwierdzi, że z Warszawą (zakładając, że nie powie, że z Harrym Potterem).  Moje własne, przyzwoicie oczytane dziecko w moim własnym domu mi odparło, bezczelne, że Bazyliszek to z Warszawy! (A więc chciałeś syneczku tę nową grę, taaaaaaak? 🙂 ).

No może i coś w tym jest, ale nie wszystko. Bazyliszek był w Warszawie, ale przecież i w Krakowie i zygmuntowskim Wilnie, i gdzieś chyba jeszcze na Śląsku. Krakowska wersja legendy osadza go w podziemiach Pałacu pod Krzysztofory, gdzie natknęła się nań kucharka, goniąca koguta przeznaczonego na obiad. Nie wiem jak komu, ale mnie się zdecydowanie bardziej podoba swojska, zdeterminowana i ciekawska kucharka, niż skazaniec, choćby i cwany.

Bazyliszek – krakowski! Krakowski! – wylądował zatem na moim notesie. Notes jest różowy, a Bazyliszek złocony. Uważam, że ten różowy udatnie oddaje hołd krakowskiej kucharce. Umówmy się na tę wersję legendy, w której traci ona tylko skarby, a nie przytrzaśniętą przez drzwi piwnicy piętę, dobrze?…

 

Chmurzy się na różowo

– głównie dlatego, że jakoś tak lepiej mi wychodzą malowane płótna z różnymi Efektami – chmurami, fakturami, przetarciami – niż tak nudno na równo. To znaczy, rozumiem potrzebę pomalowania czegoś na równy, jednolity kolor, lecz nie po to przecież smaruję ręcznie farbami, żeby z tego wychodziło coś, co przypomina maszynowo zagruntowany materiał.

Tak czy inaczej, ten notes tak mi się podoba w swojej podstawowej, zachmurzonej postaci, że w ogóle go nie ozdabiałam niczym dodatkowym. Pewnie bym mogła. Może mi jeszcze przyjdzie coś takiego do głowy.  Czemu nie. Na razie się po prostu cieszę, jaki jest ładny tak, o.

Ma kremowy papier w środku, i zakładkę w kolorze zgaszonego różu. Ma śliczną wyklejkę.

A na okładce zachmurzenie duże, z lekkimi przejaśnieniami, na różowo.

Mgławica

– czyli najbardziej przewidywalny efekt dziubrania się w farbach i ciapania nimi po płótnie. Dwa odcienie czerwieni z różowymi chmurkami. A tu i ówdzie kropki złotego tuszu. Całość bardzo przyjemna dla oka i serca.Okładka twarda. Grzbiet – z pięknej, wytłaczanej tapety w złotym kolorze.

W środku – kolejny szpitalny bloczek, z kancelaryjnego papieru w kratkę, wykończony ręcznie szytą oszukiwaną kapitałką. Którą następnie, żeby nie wszystko było takie znowuż idealne, zalałam sobie niechcący klejem.

Co zupełnie nie zmienia faktu, że jest to bardzo przyjemny notes, który efektownie się prezentuje i który mi się ogromnie miło robiło.