Zeszyciki

Zrobiłam materiałoznawcze odkrycie – kupiłam i zaczęłam wykorzystywać coś, co nazywa się Washable Paper albo CraftPap. Jaka to jest fajna rzecz! Wygląda jak karton, ale jest takie jakby bardziej mięsiste i niebywale mocne – ze sfilcowanych włókien celulozowych, jak piszą na stronie sklepu. Można to szyć, miąć, ciąć, kleić, a nawet prać (czasem to niezbędne do uzyskania pożądanego efektu – na przykład kiedy chcemy mieć coś podobnego do skóry). Można na tym także – sprawdziłam z fascynacją – rysować, malować farbami i tuszami, złocić, a nawet wypalać.

Oczywiście CraftPap idealnie nadaje się do różnych introligatorskich prac. Mam w planach takie bardziej skomplikowane, ale na razie zrobiłam kilka prostych zeszycików – szytych i klejonych – z wykorzystaniem tego materiału do okładek. Te brązowe są malowane akwarelami i tuszem, a te zielone – złocone! Prawie wszystkie powędrowały już do różnych sympatycznych osób i mam nadzieję, że w użytkowaniu także się sprawdzają.

 

Złote kangury

Ooooo to było coś bardzo ciekawego.

Dostałam wspaniałe zlecenie.

Zrobić okładki, które wyglądałyby jak stare oprawy książek, do czytania z nich tekstów na przedstawieniach dla dzieci.

Można to było zrobić na kilka sposobów – z prawdziwej skóry, czyli tak na serio, serio. Z malowanego płótna. Z winylowej sztucznej skórki. Jakby się zastanowić, to jeszcze kilka metod pewnie dałoby się wymyślić, ale ku mojemu wielkiemu zadowoleniu Zleceniodawca wybrał wersję z malowanym płótnem. Ozdobionym złoceniami.

A jedną z rzeczy, jakie miały być wyzłocone, był motyw kangura.

Zachwycona, zabrałam się do pracy.

Najpierw pomalowałam płótna tak, żeby wyglądały możliwie podobnie do skóry, i rozwiesiłam je wszędzie, wszędzie. Potem starannie przygotowałam okładki: tektura, z doklejoną ramką, grzbiety, z fałszywymi zwięzami, takie rzeczy. Następnie zaś zaczęłam studiować kangury.

Narysowałam ich kilka, różnej wielkości, dopasowując potem obrazki do moich ramek na tekturze, i po dłuższych deliberacjach dobrałam jeden rozmiar. Przeniosłam następnie rysunek na folię do złocenia.

Płótna zdążyły już wyschnąć, więc starannie obciągnęłam tekturowe elementy płócienną okładką, podklejoną dodatkowo papierem i tkaniną, żeby wszystko było solidniejsze. Pozostawiłam wszystko do dociśnięcia i wyschnięcia, a w tym czasie zaczęłam dumać nad mocowaniem kartek w okładkach.

Początkowo chciałam to wykończyć jak typową podkładkę do papieru, klipsem albo może wąsem, albo zapięciem jak w segregatorze, ale potem pomyślałam sobie, że im mniej będzie widać technicznych, „współczesnych” detali, tym lepiej. Zdecydowałam się więc na magnesy.

Na wewnętrznej stronie wkleiłam cieniutkie metalowe elementy, wykończyłam wszystko czerwoną, mięciutką tapetą i po prostu przyczepiłam na miejscu magnesy, sprawdzając wcześniej, czy będą trzymać kilka kartek. Ponieważ trzymały, mogłam się zabrać za złocenie.

O, uczciwie się zastanawiałam nad złoceniem. Miało być widoczne, tak żeby oprawa robiła z daleka wrażenie takiej „starej”, więc narysowałam na folii – ODRĘCZNIE! – o ile dobrze pamiętam chyba trzydzieści dwa ornamenty do narożników. Do tego dodałam już od ręki dodatkowe esy-floresy i kropki, no i, oczywiście, centralne kangury! które wyszły naprawdę przyjemnie, i całkiem podobne do siebie.

No, a potem to już tylko drżałam, czy  – bo rzecz całą robiłam bardzo, bardzo szybko – wszystko się dobrze skleiło, zwarło, trzyma formę i czy Zleceniodawca jest zadowolony.

Ale ze zwrotnych informacji wnioskuję, że tak!

Bardzo mnie to cieszy, bo była to jedna z przyjemniejszych moich prac – ciekawa, trochę inna, taka, gdzie mogłam się wykazać, ale też i czegoś nowego nauczyć, słowem – idealna. Ogromnie mi miło, że mogłam zrobić te okładki. A wyszły one tak:

 

 

Dwa notesy w słońcu

Kupiłam piękny, sztuczny zamsz w kilku kolorach, trochę na wariata, bo nie miałam pojęcia, czy to w ogóle się nadaje do oprawiania. Ale całe szczęście okazało się, że tak. Złocenie wygląda na nim trochę dziwnie, i ciężko zrobić wyraźny rysunek – podobnie jak na zwykłym zamszu oczywiście. Ale to nie oznacza, że zupełnie niczego nie da się z tym zrobić.

Natomiast materiał przepięknie przyjmuje farby! Nic się nie rozlewa ani nie robi głupich dowcipów, ma się pełną kontrolę nad efektami i bardzo mi się to podoba.

Niemniej jednak, gładki sztuczny zamsz też jest bardzo wdzięczny i wygląda ślicznie, więc robiąc okładki z tego jednego kawałka ciepłożółtego materiału jedną zrobiłam ozdobioną, a drugą – gładką.

Mniejszy, zdobiony, jest właśnie malowany i złocony, nie za gruby, w poręcznym formacie. Większy, o biało-żółtych kartkach i ślicznej wyklejce w stylizowane motyle, jest bardzo miły i kiziaty (trafił zresztą w miłe rączki pewnej panienki, która odwiedziła niedawno nasz dom – Emilki, która ozdobiła go sobie wedle własnego upodobania).

Ale na pewno jest ten zamszyk obiecujący i warto z nim pracować.

O, takie są efekty:

Dziewczyna z miotłą

Bladofioletowy notes o kolorowych kartkach aż się prosił o kobiecą dekorację. Nawet zakładeczkę ma ażurową w kwiatki – przyznam, że robiąc go z każdą chwilą bardziej nabierałam rozmachu.

No idealnie dla dziewczynki.

Jednocześnie jednak chodziło za mną coś… coś jak Harry Potter i w ogóle cały świat Rowling, na którym uczyłam się przecież fandomowego życia. Tak jest. Harry Potter, i dziewczyna, i notes, z czym też się to może kojarzyć?

Mnie skojarzyło się z Ginny Weasley, jedną z fajniejszych bohaterek tych książek, a jeśli z nią, to i z latającymi miotłami. W końcu specjalność Ginny to gra prowadzona na latających miotłach.

Ten ciąg logiczny doprowadził mnie do powstania poniżej prezentowanego notesu. Fioletowa okładka jest z pięknej tapety od cioci, a ilustrację na okładce zrobiłam akwarelami i olejnymi flamastrami. Wspomniana ażurowa zakładka pięknie pasuje do całości i lubię sobie myśleć, że Ginny Weasley mogłaby sobie, zamiast w podejrzanym notesie z nieznanego źródła, pisać pamiętnik w moim notesie. Jestem prawie pewna, że nie jest przeklęty przez żadnego mrocznego czarnoksiężnika.

Dobranoc, lisku

Ufarbowane na brązowo płótno aż się prosiło o coś… jesiennego. Ale nie aż tak, jak powiedzmy kasztany, tylko… no… takiego luźno mi się kojarzącego z jesienią. I w końcu pomyślałam: lisek! Tak żeby sobie spał (bo jak wiadomo, kiedy idzie oto jesień, człowiek tylko leżałby i spał. No to pewnie lisek jeszcze bardziej).

Jest więc notes z liskiem, wyzłoconym na malowanym płótnie. Ma ten przyjemny format nieco mniejszy od zeszytowego, i jest zrobiony z kartek w kratkę i gładkich. No naprawdę, strasznie mi się to podoba – dokładnie w ten sposób najlepiej widać, jak bardzo inne są ręcznie robione notesy.

Wyklejkę też dobrałam tak, żeby pasowała do liska, i do jesieni (jeśli nie mam dobrego powodu, żeby tego nie robić, trzymam się chętnie papierów Pepin, o ile są na jakiejś przyjemnej wyprzedaży, do licha). Wykończyłam skórkową kapitałką i czerwoną zakładką.

Jest pod babie lato? Jest.

 

Myśli dobrze zabezpieczone

Kolejny z notesów inspirowanych tym pierwszym, ze smokiem, który miał kartki w kratkę oraz gładkie. Ten posunęłam o krok dalej i zrobiłam go z trzech rodzajów papieru: gładkiego, w kratkę i w szeroką linię. Powinno się w nim całkiem przyjemnie prowadzić różnego rodzaju zapiski.

Jest też fajnego formatu: trochę smuklejszy, niż przeciętny zeszyt. Bardzo lubię takie nietypowo przycięte notesy – ostatecznie od tego są ręcznie robione, żeby nie były jak wszystkie, prawda?

Potem dołożyłam okładkę z malowanego na czarno płótna i wyzłociłam na niej rysunek kluczy na kółku, bo tak złożony notes wydał mi się rzeczą wartą dodatkowych symbolicznych zabezpieczeń 🙂 na grzbiecie, nota bene, też ma malutkie złocenia.

Plus wyklejka ze stylizowanym, geometrycznym wzorem, i już jest całkiem fajny, oryginalny notes na bardzo sekretną i skomplikowaną umysłowość. O.

Portret pawia

Od początku wiedziałam, że z tej tapety będzie piękna okładka. Jest urocza – w złote, nieregularne prążki na morsko-niebieskim tle. Dlatego oprawiłam w nią ładny, zgrabny notesik z morskiego koloru zakładką i wyklejkami w pawie pióra i zaczęłam się zastanawiać, co dalej. Jakaś rameczka wydawała się na miejscu, więc czemu nie ta metalowa, silniczkowa. Okej. A co do rameczki? Wyklejka sugerowała coś pawiego, po prostu, kolorystyka także, i tu nastąpiły schody! Paw to nie jest mianowicie stworzenie łatwe w ujęciu miniaturowym.

Matko jedyna, ile ja się namalowałam pawi tego wieczoru! Paw z boku. Paw w rzucie. Pawie pióra (nnnooo nieźle ale nie chodziło przecież o to, żeby powtórzyć wyklejkę, jakbym chciała powtórzyć wyklejkę, to bym wkleiła po prostu kawałek papieru użytego do wyklejki). Paw w oddali. Sugestia pawia. Paw kubistyczny. Niech go szlag. Brak pawia wychodził mi najlepiej.

W końcu się zdenerwowałam i stwierdziłam, że jak nie chce mi się, obrzydliwiec, dać sportretować w całości, to zrobię mu klasyczną, romantyczną miniaturę gęby.

Okazało się, że pawie dysponują bardzo fajnym, lekko cynicznym spojrzeniem, które w dodatku od pierwszego machnięcia udało mi się oddać z dużym podobieństwem (no, w każdym razie do tego konkretnego egzemplarza pawia). Potem drania pomalowałam, ornitologicznie adekwatnie, i dodałam złote i srebrne tła, bliki i detale. I z tego wszystkiego zrobił się w sumie koncept dość surrealistyczny – ten paw tak łypie ironicznie jak zbuntowany przeciw wujowi młodociany wicehrabia – i notes, moim zdaniem, jak nic nadaje się do notatek pozbawionych złudzenia co do Stanu Wszechrzeczy.

Coś dla siebie

Dostałam kiedyś od mojej ukochanej siostry trzy notesy Moleskine – duże, prawie A4, w kartonowej oprawce, z pięknego, kremowego papieru. Zużyłam je do różnych rzeczy, ale z jednego została mi część niezarysowanych kartek. Szkoda mi ich było, a akurat nie mam melodii do dużych formatów, więc wycięłam je starannie i uszyłam z nich sobie nowy notes do torebki.

Nie tylko zresztą papier od siostry, okładka jest też rodzinna: z tapety od cioci. Śliczna, niebieskopopielata, miła w dotyku. Pozłociłam okładkę rysunkiem paproci, czymś bardzo dla mnie osobistym i bardzo przytulnym, i dodałam wyklejkę z pawimi piórami. Wszystko to się dla mnie składa na przedmiot budzący jakoś tak poczucie bezpieczeństwa, intymny i przyjazny, aż prawie mruczący dobre słowa, kiedy się go weźmie do ręki.

Więc na pewno zachowam ten notes dla siebie. Każdemu potrzeba czasami takich swoich, swojskich przedmiotów, które same przytulają się do dłoni.

Zawsze, kiedy robię notes dla określonej osoby, staram się włożyć w tę pracę szczególnie dużo miłości i zaangażowania. Wierzę, że jeśli tak zrobię, to nowy notes będzie taki – prawdziwszy, przyjaźniejszy i bardziej prywatny. Że będzie po nim widać moją życzliwość i zainteresowanie tym, co się znajdzie na zszytych przeze mnie stronach. Mam nadzieję, że Właściciele tych notesów jakoś to wszystko poczują, bo sobie samej właśnie też sprezentowałam taki wymowny i pełen znaczeń egzemplarz i jak najbardziej czuję to, jak tylko go otwieram.

Za dużo filozofowania nad prostym wyrobem papierniczym? Może, ale przekonałam się, że ręcznie robione przedmioty w ogóle tak mają i – tak trzeba nad nimi pracować.

 

Z miłorzębem

Drugi z notesów wyciętych ze starego brulionu, wspomnianych w poprzedniej notce, jest nieco mniejszy. Dlatego podczas przycinania zrobił się jakiś taki nieproporcjonalnie długawy i go przycięłam. To pozostawiło mnie w posiadaniu niedużego pęczka równiutko ściętych karteczek, za dużych żeby je tak po prostu wywalić, ale za małych na szycie samodzielnego notesu. Hmm.

Najpierw więc oprawiłam zaplanowany notes. Jest bardzo przyjemny i poręczny – ma ozdobne wyklejki i twardą oprawkę, obciągniętą ręcznie malowanym płótnem. Czy nie wyszło ładnie? Mnie się bardzo podoba, trochę jak wschód słońca. Na to poszło złocenie – starannie wyrysowany liść miłorzębu, co zaproponował mi młodszy synek.

No ale jeszcze zostały te karteczki! Skleiłam je więc starannie w bloczek i dodałam okładkę z tego samego papieru ozdobnego, z którego zrobiłam wyklejki – akurat zostało tyle dużych ścinków, że się wszystko pomieściło. I w ten sposób zrobił mi się zestawik dwóch notesów, a właściwie notesu i bloczku kartek, co wygląda bardzo uroczo i co chyba będę co jakiś czas powtarzać, bo naprawdę mnie cieszą takie komplety. O, proszę – czy nie wygląda to przyjemnie?

Ślimaczku /Wspinaj się na górę Fuji /Ale powoli, powoli!

Bardzo lubię to haiku. Bardzo. Chociaż, jako że jestem posiadaczką ogrodu, moje uczucia do ślimaków są mocno powściągliwe. No, mało entuzjastyczne. No, może tak trochę je wyrzucam za furtkę. Ślimaki, nie uczucia. No nie, nie, nie, nie kochamy się ze ślimakami. Lecz kochamy się z haiku.

Niemniej jednak te w skorupkach, ślimaki, nie haiku, są do zniesienia, a poza tym są bardzo interesująco skomplikowanymi stworzeniami w sensie plastycznym, i zapragnęłam sobie takiego umieścić na notesie.

Notes jest w kratkę, ze zrecyklingowanego brulionu. Wycięłam z niego dwa zbliżone do kwadratu notesy i to jest właśnie pierwszy z nich, nieco większy. Ma, jak sądzę, ze czterdzieści kartek może.

Nie ma za to zakładki, bo uznałam, że skoro już zdecydowałam się na podstępnego ślimaka, to należy go, notes, nie ślimaka, zawiązać dla bezpieczeństwa wstążkami, żeby ślimaki nie nalazły do środka i nie zajęły miejsca przeznaczonego na Poważne Notatki. No więc są satynowe, pomarańczowe wstążki do wiązania. W środku piękna wyklejka, nie ślimaki.

Okładka jest twarda, obciągnięta pomalowanym ręcznie akrylami płótnem. Jak widać, smugi nadal rządzą, tylko tym razem zestawiłam je  nieco śmielej 🙂 No i oczywiście ślimak – wyzłocony na gorąco folią. Mam wrażenie, że coraz lepiej mi te złocenia wychodzą.

No i tak powstał cały notesik – pewnie pasuje najlepiej do powolnych i spokojnych refleksji.

Albo ewentualnie do nieopanowanego wyżerania sałaty i astrów, kto wie.