Używane notesy

Największą chyba przyjemność sprawia mi, kiedy spotykam użytkowników swoich notesów, którzy trochę ich już poużywali. Szczególnie dlatego, że przeważnie nie mają zastrzeżeń 🙂 ale również z powodu czegoś, co mnie najbardziej chyba kręci w wymyślaniu tylu różnych notatników i szkicowników. Zawsze twierdzę, że dobry notes jest w stanie zainspirować do tworzenia ciekawej zawartości, albo przynajmniej może towarzyszyć właścicielowi wiernie, ale w każdym razie nabiera sensu i swojej ostatecznej formy dopiero w ręku, torbie, na biurku konkretnej osoby. Dlatego uwielbiam, kiedy słyszę, że z moimi notesami wszystko w porządku i że się wypełniają czyimiś myślami i pomysłami.

W ogóle bardzo lubię ludzi inspirować, zachęcać, otwierać i motywować. Kiedy się człowiek zacznie przyglądać, tyle jest w nas wszystkich potencjału, tyle zaczajonych blasków, że aż się wierzyć nie chce. Świat się robi o wiele lepszy, kiedy ktoś odważy się coś stworzyć. Nie każdy jest oczywiście twórcą wybitnym, ale jeśli się spróbuje samemu coś zdziałać, to już otwiera się trochę oczy i może zechce podziwiać i rozumieć, i patrzeć świadomiej, i coś pogłębić, i do czegoś się dokopać!

Ach tak, bardzo, bardzo lubię używane przez ludzi notesy. Tym bardziej staram się je robić jak najlepiej i najstaranniej.

*

Zabawne i urocze te tłumy na Magnificonie. Strasznie dużo bardzo młodych ludzi, wydaje mi się, że znacznie niższa średnia wieku niż gdziekolwiek indziej, i to bardzo widać. Te wszechobecne przytulania, te korowody, te szkolne obyczaje – bardzo rozbrajające w gruncie rzeczy. Poczułam się troszeczkę jak życzliwa ciocia (zbija mnie to z tropu, bo normalnie się jednak aż tak staro w fandomie nie czuję) i z pewnym niepokojem myślałam o tym, kto tych wszystkich miłych, świeżutko powypiekanych, błyszczących, zielonych ludzi pierwszy strasznie rozczaruje, złamie im serca, przydusi entuzjazm. Brzmi to patetycznie, ale co ja mogę?

Notesy mogę robić, takie dobre, które wszystko przyjmą, dadzą ramy i oprawę, i które będą wiernie służyły!

Magnificon 2019

Nic z tego, co ostatnio zrobiłam, nie wylądowało nawet w pobliżu strony, co wcale nie oznacza, że mało pracowałam. O nie, zrobiłam niemało – i to również nieco inaczej niż dotychczas. A to dlatego, że wybieram się na krakowski Magnificon. Tematyka wschodnia nigdy mi jakoś nie współgrała z moimi fandomami – poza, ogólnie, filozofią Jedi 🙂  – więc musiałam się trochę w to powgryzać, ale mam piękne papiery i wzory, reprodukcje drzeworytów, własne obrazki na temat – i notesy prezentują się znacznie bardziej wschodnio.

Nie posunęłam się tak daleko, żeby udawać, że z marszu umiem wejść w obcą mi dotychczas całkowicie stylistykę mangi. Całe szczęście, mam w domu przynajmniej jednego wielkiego miłośnika tego stylu i mogłam oprzeć się na jego ekspertyzie! Biedny syn mój Kuba, zamęczany pytaniami… Ufam, że wyniknie z tego wszystkiego coś fajnego.

Zapraszam serdecznie w najbliższy weekend – będę tam z notesami i innymi różnościami, plecy w plecy ze stoiskiem Pusheena, co jest oczywiście nieco onieśmielające, ale jednocześnie jakie przytulne! 🙂

Do zobaczenia zatem, będzie mi przyjemnie się z Wami spotkać.

 

Na Pyrkonie

będzie mi bardzo miło, jeśli zobaczymy się na tegorocznym Pyrkonie – to już w ten weekend! Od piątku 26 kwietnia, od godziny 14 będę na swoim stoisku  – w strefie Mini, pod numerem 50.

Taki to banerek tam będzie wisiał (o ile nic się nie wydarzy nieprzewidzianego oczywiście, albowiem wypadku apokalipsy zombie mogę mieć problemy z wywieszeniem banerka).

A na razie jeszcze inny rodzaj apokalipsy na moim stole roboczym, o tak wygląda, o tak:

Tych, co się nie ulękli, zapraszam serdecznie!

Niby szybko…

 

ale wyszło naprawdę ładnie, czysto i wyraźnie. Miałam notes właściwie gotowy – zresztą technicznie bardzo udany, schludny i z miłą, ciepłą kolorystyką, ale czegoś mu brakowało, a tu zbliżał się wielkimi krokami wyjazd na ComicCon. Nie namyślając się długo, chwyciłam za kolbę i od ręki, nawet nie rysując niczego na folii poza oczywiście kółkiem, bo regularne kółko od ręki jest absolutnie nieosiągalne dla mnie, machnęłam całe złocenie.

Tak jak podejrzewałam, dodało z miejsca charakteru temu notesowi i w efekcie zrobił się całkiem inny, taki jakby przygodowy, i teraz służy już dobrze – opuścił mnie podczas ComicConu 🙂

No więc niby jednym pociągnięciem, od razu, bez zastanowienia, a jednak… Nie ma co przesądzać, czasem w natchnieniu też wychodzi tak jak należy.

Zeszyciki

Zrobiłam materiałoznawcze odkrycie – kupiłam i zaczęłam wykorzystywać coś, co nazywa się Washable Paper albo CraftPap. Jaka to jest fajna rzecz! Wygląda jak karton, ale jest takie jakby bardziej mięsiste i niebywale mocne – ze sfilcowanych włókien celulozowych, jak piszą na stronie sklepu. Można to szyć, miąć, ciąć, kleić, a nawet prać (czasem to niezbędne do uzyskania pożądanego efektu – na przykład kiedy chcemy mieć coś podobnego do skóry). Można na tym także – sprawdziłam z fascynacją – rysować, malować farbami i tuszami, złocić, a nawet wypalać.

Oczywiście CraftPap idealnie nadaje się do różnych introligatorskich prac. Mam w planach takie bardziej skomplikowane, ale na razie zrobiłam kilka prostych zeszycików – szytych i klejonych – z wykorzystaniem tego materiału do okładek. Te brązowe są malowane akwarelami i tuszem, a te zielone – złocone! Prawie wszystkie powędrowały już do różnych sympatycznych osób i mam nadzieję, że w użytkowaniu także się sprawdzają.

 

Nietypowa sprawa

Są takie kobiety, o których z miejsca wiesz, że mają w sobie przynajmniej kilka równoległych rzeczywistości. Popatrzy się – i w samym błysku w oku widać, że to nie jest taki sobie, o, przechodzień, tylko ktoś, kto się przydarzył światu zupełnie znienacka. Ciekawa rzecz, ale przy całej sympatii, jaką żywię dla wielu mężczyzn, takie zjawisko osobiście spotkałam wyłącznie u kobiet: to poczucie, że tam w środku jest, ohoho, cała muzyka sfer.

Tak też jest w przypadku Właścicielki tego notesu. Bardzo interesująca to osoba, a w dodatku bardzo dobrze wiedziała, czego chce, kiedy się umawiałyśmy. Jeśli ktoś bardzo dobrze wie, czego chce, to z jednej strony świetnie – nie trzeba zgadywać i wymyślać wariantów, bo wszystko wiadomo. Z drugiej strony, tym bardziej trzeba się starać, żeby wyszło jak ma wyjść – nie ma miejsca na jakieś licentiae poeticae.

No, ale otrzymałam paczkę z Odpowiednim Papierem (czerpany, bardzo piękny papier na kartki i żółty z liśćmi, przecudowny, na wyklejki) oraz Bardzo Znaczącą Skórką, a nawet – z materiałem na grzbiet!

Trzeba przyznać, że materiał na grzbiet sprawił mi odrobinę kłopotów. Był bardzo grubo i luźno tkany, coś takiego nawet się zbyt dobrze nie przyklei do bloku, a na pewno nie stworzyłoby odpowiednio stabilnej konstrukcji – snułoby się pewnie i przecierało. Dlatego też podkleiłam go wstępnie kraftowym papierem, bardzo mocno sprasowałam, potem jeszcze wyprasowałam żelazkiem i w końcu uzyskałam materiał odpowiedni do pracy.

Szycie też nie było łatwe – czerpany papier ma włókna, które mogą się poszarpać przy piłowaniu bloku, jest też dość gruby, było go wściekle dużo, prawie na dwustustronicowy notes – musiałam go szyć na kilka tur, bo nie mam niczego, co ścisnęłoby skutecznie tak duży blok naraz.

Skórka była trochę za gruba do prac introligatorskich, ale pracowałam już z takimi i akurat z tym problemu żadnego nie było, trzeba było może delikatnie ścienić przy krawędziach i to wszystko.

Efekt jest, moim zdaniem, całkiem zadowalający. Myślałam, żeby dać zakładkę pod kolor, ale zdecydowałam się w końcu na kontrastującą i uważam, że to dobra decyzja – notes zyskał w ten sposób więcej charakteru i, uważam, pasuje lepiej do intrygującej osobowości Właścicielki.

Tak to wszystko wyszło:

Dwa notesy w słońcu

Kupiłam piękny, sztuczny zamsz w kilku kolorach, trochę na wariata, bo nie miałam pojęcia, czy to w ogóle się nadaje do oprawiania. Ale całe szczęście okazało się, że tak. Złocenie wygląda na nim trochę dziwnie, i ciężko zrobić wyraźny rysunek – podobnie jak na zwykłym zamszu oczywiście. Ale to nie oznacza, że zupełnie niczego nie da się z tym zrobić.

Natomiast materiał przepięknie przyjmuje farby! Nic się nie rozlewa ani nie robi głupich dowcipów, ma się pełną kontrolę nad efektami i bardzo mi się to podoba.

Niemniej jednak, gładki sztuczny zamsz też jest bardzo wdzięczny i wygląda ślicznie, więc robiąc okładki z tego jednego kawałka ciepłożółtego materiału jedną zrobiłam ozdobioną, a drugą – gładką.

Mniejszy, zdobiony, jest właśnie malowany i złocony, nie za gruby, w poręcznym formacie. Większy, o biało-żółtych kartkach i ślicznej wyklejce w stylizowane motyle, jest bardzo miły i kiziaty (trafił zresztą w miłe rączki pewnej panienki, która odwiedziła niedawno nasz dom – Emilki, która ozdobiła go sobie wedle własnego upodobania).

Ale na pewno jest ten zamszyk obiecujący i warto z nim pracować.

O, takie są efekty:

Dziewczyna z miotłą

Bladofioletowy notes o kolorowych kartkach aż się prosił o kobiecą dekorację. Nawet zakładeczkę ma ażurową w kwiatki – przyznam, że robiąc go z każdą chwilą bardziej nabierałam rozmachu.

No idealnie dla dziewczynki.

Jednocześnie jednak chodziło za mną coś… coś jak Harry Potter i w ogóle cały świat Rowling, na którym uczyłam się przecież fandomowego życia. Tak jest. Harry Potter, i dziewczyna, i notes, z czym też się to może kojarzyć?

Mnie skojarzyło się z Ginny Weasley, jedną z fajniejszych bohaterek tych książek, a jeśli z nią, to i z latającymi miotłami. W końcu specjalność Ginny to gra prowadzona na latających miotłach.

Ten ciąg logiczny doprowadził mnie do powstania poniżej prezentowanego notesu. Fioletowa okładka jest z pięknej tapety od cioci, a ilustrację na okładce zrobiłam akwarelami i olejnymi flamastrami. Wspomniana ażurowa zakładka pięknie pasuje do całości i lubię sobie myśleć, że Ginny Weasley mogłaby sobie, zamiast w podejrzanym notesie z nieznanego źródła, pisać pamiętnik w moim notesie. Jestem prawie pewna, że nie jest przeklęty przez żadnego mrocznego czarnoksiężnika.

Jedi usposobiony artystycznie

(czyli tak jakby raczej bardziej w stosownie spokojnych czasach, dających szansę na folgowanie artystycznym ciągotom) miałby zapewne stosownie jedi szkicownik. Tak myślę. Z emblematem by miał.

Więc gdyby, hipotetycznie, taki Jedi miał zgłosić się do mnie, zafrasowany, i wyznać, że otrzymany w Świątyni standardowy notes wyczerpał mu się w połowie szkicowania fascynujących gatunków minerałów na Utapau, to ja bym mu zrobiła o, właśnie taki.

Ma powściągliwą, szaroniebieską okładeczkę, a na niej – srebrno-złoty emblemat Jedi. Zrobiony jest ze srebrnego fimo, a potem pociągnięty szelakowymi tuszami, srebrnym i złotym. Bardzo mi się ten efekt podoba!

W środku – kartki w kratkę, gładkie i w linię. Zakładki są dwie, żeby można było zakładać pomiędzy różnymi sekcjami – tu, prawda, dalsze szkice minerałów z Utapau, tu notatki do spotkania dyplomatycznego z handlowym przedstawicielem Huttów.

Ale, oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by notes przejął podstępny szpieg i się podszywał. Absolutnie nic.

Dobranoc, lisku

Ufarbowane na brązowo płótno aż się prosiło o coś… jesiennego. Ale nie aż tak, jak powiedzmy kasztany, tylko… no… takiego luźno mi się kojarzącego z jesienią. I w końcu pomyślałam: lisek! Tak żeby sobie spał (bo jak wiadomo, kiedy idzie oto jesień, człowiek tylko leżałby i spał. No to pewnie lisek jeszcze bardziej).

Jest więc notes z liskiem, wyzłoconym na malowanym płótnie. Ma ten przyjemny format nieco mniejszy od zeszytowego, i jest zrobiony z kartek w kratkę i gładkich. No naprawdę, strasznie mi się to podoba – dokładnie w ten sposób najlepiej widać, jak bardzo inne są ręcznie robione notesy.

Wyklejkę też dobrałam tak, żeby pasowała do liska, i do jesieni (jeśli nie mam dobrego powodu, żeby tego nie robić, trzymam się chętnie papierów Pepin, o ile są na jakiejś przyjemnej wyprzedaży, do licha). Wykończyłam skórkową kapitałką i czerwoną zakładką.

Jest pod babie lato? Jest.