Jedi usposobiony artystycznie

(czyli tak jakby raczej bardziej w stosownie spokojnych czasach, dających szansę na folgowanie artystycznym ciągotom) miałby zapewne stosownie jedi szkicownik. Tak myślę. Z emblematem by miał.

Więc gdyby, hipotetycznie, taki Jedi miał zgłosić się do mnie, zafrasowany, i wyznać, że otrzymany w Świątyni standardowy notes wyczerpał mu się w połowie szkicowania fascynujących gatunków minerałów na Utapau, to ja bym mu zrobiła o, właśnie taki.

Ma powściągliwą, szaroniebieską okładeczkę, a na niej – srebrno-złoty emblemat Jedi. Zrobiony jest ze srebrnego fimo, a potem pociągnięty szelakowymi tuszami, srebrnym i złotym. Bardzo mi się ten efekt podoba!

W środku – kartki w kratkę, gładkie i w linię. Zakładki są dwie, żeby można było zakładać pomiędzy różnymi sekcjami – tu, prawda, dalsze szkice minerałów z Utapau, tu notatki do spotkania dyplomatycznego z handlowym przedstawicielem Huttów.

Ale, oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by notes przejął podstępny szpieg i się podszywał. Absolutnie nic.

Nil nisi bene

– czyli umówmy się tak: Zakon Jedi miał momenty, które można by swobodnie określić jako zryte (bardzo lubię to określenie, szczególnie w połączeniu z kwiecistymi, wielopiętrowymi wypowiedziami – wtedy jest takie brutalne 🙂 ). Zawsze się będę zastanawiać, czy twórcy Gwiezdnych Wojen tego nie zauważyli, czy świadomie tak to rozegrali.

No ale powyginali Jedi, co robić, i trochę nie wypada na nieżywych tak za bardzo wyrzekać, nawet na fikcyjnych nieżywych. Więc nie wyrzekam tak za bardzo, za to zrobiłam notesik i siedzę z nim sobie na Falkonie (stoisko H10).

Taki z symbolem Zakonu Jedi.

wp_20161031_11_07_36_pro

wp_20161031_11_07_25_pro

wp_20161031_11_08_06_pro